wtorek, 2 maja 2017

52.

Amarantha

       Tak jak ja mu, tak i on mnie nie udzielał zbyt szczegółowych informacji. Szczerze mówiąc nie miałam mu tego aż tak za złe. W pewien sposób może, ale było to wyjątkowo mało istotne. W końcu byłam tutaj dosyć krótko. Nie minęło zbyt wiele czasu od mojego przyjazdu tutaj, to też musiałam być jakoś wyrozumiała. Potrzebowałam dokładnie obmyśleć jak najlepiej załatwić tę sprawę.
      Aż miałam ochotę westchnąć, jednak mój narzeczony jeszcze coś mówił, to też zwróciłoby to jego uwagę. Od czasu do czasu jedynie skinęłam mu głową, by pokazać że słucham go. Na całe szczęście nie musiałam nic więcej się odzywać lub odpowiadać na jakieś pytania.  Moje myśli decydowanie były zapełnione ważniejszymi sprawami. 
         Gdy tylko doszliśmy do pokoju niemal odetchnęłam z ulgą. Chciałam jak najszybciej się przebrać i coś zjeść. Z samym Justalem nie żegnałam się jakoś wylewnie bowiem i tak dane nam będzie się spotkać zaraz przy kolacji. Dlatego wymieniliśmy krótką życzliwość, powiedzmy, a następnie każde z nas udało się w swoją stronę. Muszę przyznać, że gdy tylko udało mi się jakoś zdjąć te ubrania odetchnęłam z ulgą. Naprawdę. Chociaż nasze ubrania były esencją dobrego smaku, szczytem wyrafinowanego stylu, zawsze w modzie, to do cholery, nie zawsze były tak wygodne jakbyśmy tego chcieli. Nie wspominając już przy tym ile niektóre nasze kreacje ważyły, czy jednak ktokolwiek kiedykolwiek by się przyznał do nie wygody? Nie, bo grunt to prezentować się jak najlepiej. Ehh. Sama nie byłam lepsza, jakby nie patrzeć. Chociaż z tą suknią nie było tak źle, mogłam nawet nieco przesadzić, aczkolwiek w stolicy czasami aż się można zmęczyć od samego patrzenia.
      Wzdrygnęłam się lekko a następnie przywołałam się do porządku. Moje myśli zdecydowanie schodziły na zbyt przyziemne tematy, nic nie warte tak naprawdę. Powinnam myśleć o tym jak przydać się parze królewskiej, jak najlepiej wypaść w swej roli, nie zaś o tym jak to sukienka uciska czy pantofelki stópki ocierają, oczywiście czegoś takiego nie uświadczyłam, nie mniej jednak wiadomo co miałam na myśli.
         Męczenie się ze strojem chwilę mi zajęło, niestety, byłam zmuszona załatwić sobie służbę na przyszłość bowiem samodzielne ubieranie się i rozbieranie było niezwykle męczące i zabierało zbyt wiele czasu. Znoszenie dotyku tutejszej służby ... ugh, powiedzmy że nad pewnymi niedogodnościami należy pracować. Z czasem może przestaną być aż tak uciążliwe.            Koniec końców udałam się na posiłek. Muszę przyznać, że jedzenie najbardziej przypadło mi tutaj do gustu, jednak i tego nie powiedziałam na głos. W myślach pozwoliłam sobie na cieszenie się smakiem potraw, każdy najmniejszy kęs powodował tak zakazaną dla mej rasy przyjemność. Mówi się jednak, że to co zakazane, smakuje najlepiej. Musiałam się z tym zgodzić, bowiem to mięso które miałam właśnie w ustach, po prostu pyszności. Nieco słodkie nieco kwaśne, do tego jakieś warzywa i gorący napój ... Mój żołądek był zdecydowanie zadowolony. Ja również.
          Posiłek oczywiście minął nam dosyć szybko, nawet jeśli żadne z nas nie ociągało się z posiłkiem bardziej niż zazwyczaj. On miał z pewnością swoje sprawy a ja chciałam już wrócić do swojego pokoju i jak zawsze zdać raport jednostkom rodzicielskim, a szczerze mówiąc miałam trochę tego. Na samą myśl aż mnie głowa bolała, wiedziałam jednak, że dobiega pora naszego kontaktu, to też po szybkim pożegnaniu się z mym narzeczonym udałam się w swoją stronę.
        Nie ważne czy miałam dla nich złe wieści czy dobre, rozmowa z nimi zawsze była taka sama, totalnie bezbarwna, zero większego zaangażowania. Po prostu przekazywanie potrzebnych informacji. Znów w rozmowie uczestniczyła tylko kobieta, jej mąż prawdopodobnie był zajęty czymś innym. Niemniej jednak byłam pewna, że o wszystkim będzie wiedział tak dobrze, jakby tutaj był i uczestniczył w naszej rozmowie. Ta zaś gdy tylko się skończyła oznaczała iż mogłam wreszcie udać się na posiłek. Mój narzeczony wspomniał, że dnia jutrzejszego mam przygotować się na pewne "atrakcje". Z tego co jednak wywnioskowałam po jego mimice twarzy, nie było to coś tak przyjemnego jak zazwyczaj z pewnością kojarzył to słowo. Nie miałam zbytnio pojęcia na co mam się przygotować i jak, ale zostałam zapewniona, że wszystkiego dowiem się dnia jutrzejszego ... Uhh, miałam tylko nadzieję, że nie będzie to coś uciążliwego, lub w najgorszym razie nie będzie wymagało jakiegokolwiek zaangażowania z mej strony.
        Gdy nastał kolejny dzień dowiedziałam się przy śniadaniu, jak bardzo się myliłam. Jak cholernie mocno się myliłam. Właściwie to co działo się w mym wnętrzu było czymś paskudnym i niegodnym czystokrwistego Kasandrosa. Nie było mowy aby którykolwiek musiał coś takiego przechodzić. Normalny osobnik przyjąłby to bez mrugnięcia powieką. Ja zaś miałam nieco trudności by to przełknąć. Zatuszowałam to jednak posiłkiem i tym, że skupiłam się bardziej na nim samym.
       - Oczywiście, rozumiem i wezmę w tym również udział. - na miarę mych możliwości odpowiedziałam ze spokojem. Tak przynajmniej brzmiało to dla mnie. Jeśli chodzi o to co myślałam o braniu udziału w tym ... święcie tych dzikusów ... uznajmy że należy to traktować jak zabawę z dziećmi. Jakiś dorosły zawsze musi być by mieć ich na oku, tak by się przypadkiem nie zapomnieli. Tak, takie wyjście było najodpowiedniejsze jak dla mnie. 
        Po posiłku udałam się do swojego pokoju by stamtąd przez okno spoglądać na to, co się działo na zewnątrz. U nas nie było czegoś takiego, musiałam jednak wziąć udział w tym ich święcie wraz z swym narzeczonym skoro tak już się działo w tym mieście.
      Stroju dla siebie jak nie widziałam tak nie widziałam. Ponoć jeszcze był w trakcie przygotowań. Nie ma to jak ujrzeć strój chwilę przed założeniem. Oczywiście musiałam podać jeszcze nieco swych wymiarów gdy przyszła jedna ze służących aby przypadkiem strój ze mnie nie spadł czy by nie opinał zbyt mocno. Tak, zdecydowanie byłam coraz bardziej pesymistycznie nastawiona do tego. Czas leciał i leciał a ja nie wyściubiałam nosa jeśli nie musiałam poza pokój.

środa, 26 kwietnia 2017

51.



Seth

Usłyszałem zwolnienie ze służby – jakimś cudem dotarło do moich przytłumione, uszu jak zza mgły – ale nie ruszyłem się z miejsca. Patrzyłem prosto w oczy ciemnoskórej kobiety, nie przerwałem kontaktu wzrokowego ani ona tego nie zrobiła. Twarz miała beznamiętną, a minę obojętną, ale w oczach… czaiło się coś. Może to było odbiciem tego, co sam czułem, może dopatrywałem się w niej lustra siebie samego… A może naprawdę kryła się tam ta iskra. We mnie nie paliła się tak mocno i jasno jak dzisiaj chyba aż od śmierci Mei.
W końcu to ona przerwała to dziwne połączenie, na dźwięk słów Justala:
– Możesz odejść, czekaj na mnie.
Nie patrząc więcej w moją stronę, odwróciła się i odeszła w kierunku wskazanym przez Szlachcica, choć nie bezpośrednio; skierowała się na pewno do jego gabinetu. Nie było wątpliwości – Justal wymusił podpisanie kolejnego Kontraktu z tą piękną kobietą. Poczułem jednocześnie żal i wściekłość, które mocniej zacisnęły tą stalową obręcz i tak już znacznie utrudniającą mi oddychanie.
Zostałem sam, kiedy Justal i Amarantha zniknęli za rogiem korytarza, zapewne kierując się na kolację. Nie poszedłem za nimi, w końcu byłem wolny i nawet jeśli mój pan chciał mieć mnie przy sobie – choć nie dał takiego znaku lub zupełnie go przegapiłem przez rozpraszające towarzystwo Vashiryjki – nie mogłem tak po prostu zignorować polecenia księżniczki. Po kilku minutach w końcu zebrałem się w sobie i, wlokąc się noga za nogą, ruszyłem do części zamku, którą Justal miał na własność. Mogłem iść gdzie indziej, przeczekać aż będę mógł złożyć raport w pokoju lub na deszczu… Ale wiedziałem, że kobieta tam poszła. Dziwna siła pchała mnie w jej stronę, nieracjonalna i bardziej instynktowna. Tak naprawdę jej nie znałem. A mimo to wyobrażałem sobie, że łączy nas coś głębokiego, mrocznego i potężniejszego niż mógłbym sądzić.
Odnalazłem gabinet i z niemałym wahaniem popchnąłem drzwi. Była w środku, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, wbijając wzrok w drzwi, w progu których stanąłem. Opierała się nonszalancko biodrem o biurko. Nie usiadła, mimo że miała jeszcze przynajmniej pół godziny do pojawienia się Szlachcica.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, aż w końcu to ona przerwała ciszę.
– Zamknij drzwi – poleciła, a jej głos był miękki i melodyjny, choć zawierał w sobie rozkaz z irracjonalną twardością stali. Zrobiłem to, zanim zdążyłem pomyśleć. Przecież nie musiałem jej słuchać. – Shatalaiflash – rzuciła, nie zmieniając pozycji. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że zwyczajnie się przedstawiła.
– Ktarrhsabaldar – odpowiedziałem powoli po kilku sekundach ciszy, jednocześnie mrużąc lekko oczy i robiąc kilka kroków w jej stronę. Ponieważ ona stała, sam nie usiadłem. Nie chciałem pozwolić jej na górowanie nade mną. – Podpisałaś Kontrakt – bardziej stwierdziłem niż zapytałem.
– O, jaki spostrzegawczy – prychnęła.
Postanowiłem zignorować obrazę, głównie dlatego, że jej czar i aura działały na mnie jak magnes. Chyba zdawała sobie z tego sprawę, poza tym coś sprawiało, iż miałem wrażenie, że nie jest do mnie wrogo nastawiona.
– Dlaczego?
– A dlaczego ty to zrobiłeś?
– Fakt, głupie pytanie – westchnąłem. – Może powiesz chociaż jak wylądowałaś tutaj?
Uniosła tylko brwi w dość ironicznym geście, a na jej ustach pojawił się krzywy uśmiech. O bogowie, czeka mnie chyba długie oczekiwanie na Justala.
– Masz interesującą katanę. – Spróbowałem zmienić taktykę.
– Zwykle na pierwszej randce mówią o oczach. To już jest jakiś krok naprzód – odpowiedziała, a jej uśmiech nieco się poszerzył.
Ona bawiła się moim kosztem! Mimo to zamiast złości poczułem rozbawienie. Dziwne łaskotanie w żołądku sugerujące, że chce mi się śmiać. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem coś takiego.
I nasza rozmowa jakoś potoczyła się dalej. Nie mówiliśmy niczego konkretnego, nie dzieliliśmy się przeżyciami z czasu Kontraktu ani wspomnieniami w dzieciństwa. Głównie ze względu na zamocowane w pomieszczeniu urządzenia szpiegujące, które z pewnością się tu znajdowały, Justal miał je w całym zamku. Przez ten czas ani słowem nie pisnęliśmy o iskrze, jaka się paliła w naszych wnętrzach, ale teraz z każdym kolejnym słowem byłem pewien, że ona to czuje. Nagle przestałem być sam. Poczułem, że muszę ją złapać w mniej inwigilowanym miejscu, żeby porozmawiać z nią prawdziwie w cztery oczy.
Po pewnym czasie, choć nie potrafiłbym powiedzieć ile to zajęło, pojawił się sam Justal. Nasze twarze od razu znów zrobiły się jak maski z kamienia, nie ukazując żadnych emocji. Usiadł za biurkiem i po wykonaniu całego rytuału, czyli naszych ukłonów i jego nerwowego ustawiania papierów na mahoniowym blacie, mogliśmy przejść do sedna.
Opowiedziałem mu wszystko. Wyśpiewałem dosłownie każdą czynność i słowo kobiety, dodałem każdą myśl i swoje podejrzenie, nie bojąc się używać określeń w stylu „moim zdaniem…” i „mi to wyglądało na…”. Chciał to wiedzieć, więc mówiłem. Słuchał tego z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, ale nie zadał żadnego pytania. Miałem nadzieję, że to znaczy tylko tyle iż wszystko dobrze wyjaśniłem i obrazowo przekazałem.
Kazał mi odejść, a wtedy nie powstrzymałem jednego krótkiego spojrzenia w stronę Shatalaiflash. Mogło być to zbyt wymowne, ale nie potrafiłem tego powstrzymać za żadną cenę. Jeśli to zauważył – na pewno zauważył – to pozostawił to bez słowa komentarza.
Położyłem się na materacu w swojej kanciapie chociaż wiedziałem, że nie zasnę.

sobota, 22 kwietnia 2017

50.

Amarantha

 Pogoda była czymś zdecydowanie kapryśnym, miała z pewnością wiele wspólnego z młodymi. W jednej chwili spokojna a w następnej już ryczy w niebo głosy, tak, że jest nie do poznania. Jednak tak jak mówił sługa, sama burza zaczęła się już uspakajać. Po raz kolejny jak u dziecka, szybko i nagle ale nie zbyt długo. Cz mogli nam się dziwić skoro świadomie odcięliśmy się od tego czegoś tak rozkapryszonego? W końcu młodym nie pozwalamy sobie wchodzić na głowę, to też dlaczego mielibyśmy sobie pozwalać z naturą? Nie, zdecydowanie należy trzymać ją pod kontrolą.
Z deszczem było tak, jak domyślałam się. Ilość wody zalała większą ilość terenu przez co ten stał się wyjątkowo grząski. Nie wspomnę o tym ... błocie. Na Pierwszych, zdecydowanie nie uśmiechało mi się przez to przedzierać. Niestety ale nawet jeśli wzrokiem odnajdywałam najbardziej ... Bezpieczne miejsca, to jednak i tak nie było możliwości by wyjść z tej sytuacji w nienagannym stanie. Po cichu liczyłam chociaż, że zdążę się odświeżyć przez przyjazdem mężczyzny, który nosił miano mego narzeczonego.
- Tak - Mruknęłam w odpowiedzi na pytanie mężczyzny a następnie ruszyłam przed siebie. Z trudem przychodziło mi zachowanie kamiennego wyrazu twarzy byleby nie wzdrygać się za każdym razem gdy coś chlusnęło czy mlasnęło pod podeszwą mego buta. Spokojnie, koniec końców to nic. Jakby nie patrzeć, to właśnie było nic, w porównaniu z tym, co czułam podczas burzy.
Nie oglądałam się nawet za sługą, słyszałam jego kroki, to też nie interesowałam się w żaden inny sposób jego osobą. Moją uwagę za to przykuło coś innego, mianowicie pojazd Kasandrosa zarządzającego tym Dzikim Miastem. Zmarszczyłam delikatnie brwi bowiem bynajmniej nie spodziewałam się go jeszcze. Miało go ... jeszcze nie być.  Powinnam się cieszyć, że nie pojawił się wcześniej. Tyle szczęścia mi się chociaż należało od życia ...
Weszłam do pałacu powoli chociaż w myślach upominałam się jak tylko mogłam, by po mimo swego stanu, trochę jednak byłam mokra, wyglądać  jak zawsze. Miałam być niczym wykutą z kamienia.
Na początek swym wzrokiem odszukałam narzeczonego, nie pozostawał on jednak długo w centrum zainteresowania. Amarant zatrzymał się również na nowej ... służącej jak mniemam Justala. 
- Kochanie, jak się cieszę, że wreszcie mogę cię widzieć - Byłam ciekawa czy kiedykolwiek użyje mojego imienia czy też może będzie raczył mnie jakimiś bezsensownymi słówkami... W końcu nie byłam takim skarbem, nie byłam też osobą którą kochał, z pewnością nie byłam również wieloma "rzeczami" od których mógłby mi posłodzić. Nawet jeśli tak bardzo kusiło mnie, by zwrócić mu uwagę, by zwracał się do mnie odpowiednio, ignorowałam to. Traktowałam go pod pewnymi aspektami jak dziecko, jeśli to go trzymało na bezpieczną odległość od mych spraw ... byłam w stanie zdzierżyć ... wiele. Pozwoliłam mu nawet zbliżyć się do mnie ... mniej więcej. 
Chciałabym naprawdę powiedzieć to co ty, macie taki szeroki zakres słów, możecie z taką swobodą wysławiać, opisywać to co czujecie, nie to co my. Może gdybym od samego początku czyniła wszystko co do joty tak jak oczekiwali ode mnie, teraz nie miałabym takich trudności.
- Nie minęło tak wiele czasu ... Jesteś jednak wcześniej niż spodziewałam się. Czyżbyś wcześniej zakończył swoje sprawy? - Powitanie tak ciepłe jak ten deszcz, który  padał. Nie mógł jednak liczyć na nic innego z mej strony. Uśmieszek jednak, który igrał na jego twarzy nieco zmalał ale dalej widniał. On mógł się uśmiechać, nawet jeśli nie był to uśmiech niczym u niewinnego dziecka a bardziej drapieżcy. Jemu nic nie zrobili za to i nie zrobią.
- Powiedzmy ... Nie chciałem również mimo wszystko zostawiać cię na dłużej samą...- moja brew w tym właśnie czasie zawędrowała nieco wyżej. Oczywiście, z pewnością tak było. No cóż, postanowiłam teraz w to nie wnikać.
Kichnęłam. Otworzyłam szerzej nieco oczy bowiem chwilę później to się powtórzyło. Jeśli to miały być sygnały od ciała o jakimś zagrożeniu zdrowia, to bardzo mi się to nie podobało. Justal oczywiście zaraz zdjął swoje wierzchnie odzienie, co uważałam za zbędne, bo jeśli już coś by mnie miało brać, to cieplejsze odzienie nic nie zmieni, a następnie mi je zaproponował. Miałam nosić coś jego? Ughh, napełniało mnie to jedynie odrzuceniem i pełnym obrzydzeniem. Przełknęłam jakiekolwiek uwagi odnośnie tego i przyjęłam jednak to co mi wręczył, chociaż nie opatuliłam się w żaden sposób. Niezadowolenie wyjątkowo mocno mnie gryzło i w sumie nawet jeśli na mej twarzy nie pojawiła się ani jedna zmarszczka, to w oczach widać było wiele, jeśli ktoś oczywiście miał odwagę patrzeć w nie dłużej.
Słudze przekazałam, że może może odejść. Miał wolne, chyba, że zmieniłabym zdanie i jednak do czegoś bym go zawołała. Nie przypuszczałam jednak by najbliższym czasie miało to się stać, chociaż któż wie co się stanie. Dzień powoli zbliżał się ku końcowi a co za tym idzie, jednostki rodzicielskie z pewnością niebawem będą chciały się ze mną skontaktować, do tego zaś potrzebowałam dłuższej chwili w samotności.
Mój narzeczony wydał jakieś polecenie tej kobiecie a następnie znów zwrócił się w mą stronę z uśmiechem. Ruchem głowy pokazałam, byśmy się w końcu stąd udali dalej, nie miałam zamiaru marnować na niego więcej czasu. Miałam ochotę na posiłek w dodatku potrzebowałam zmienić swoje odzienie i ... ponownie zadbać o swoją higienę ... 
- Powiedz mi co robiłaś podczas mojej nie obecności? Czy nie nudziłaś się zbytnio?
- Nie, nie groziło mi to. Spożytkowałam ten czas odpowiednio. Przeczytałam to, co znalazłam w swym pokoju, nawet zajmujące, trochę spacerowałam po samym pałacu, przeszłam się również nieco na zewnątrz, gdzie miałam to nieszczęście bycia złapaną przez obecne warunki pogodowe - wcześniej nieco byłam w mieście, na rynku, zwiedziłam slumsy ahh no i jeszcze myszkowałam w jednej z twoich fabryk, ale o tym nie musisz wiedzieć - Czy załatwiłeś wszystko tak jak chciałeś z tamtym Szlachcicem? - tutaj pozwoliłam mu się wypowiedzieć nieco o swoim wyjeździe jeśli na to miał ochotę chociaż  nie mogłam się doczekać by dojść do swojego pokoju by się uszykować do kolacji. Mój żołądek nie hałasował ale byłam pewna, że niewiele mu brakuje aby przypomnieć mi o sobie.

piątek, 21 kwietnia 2017

49.



Seth

Słuchałem jej i naprawdę mogłem uwierzyć, że robią coś takiego. Tylko oni byli zdolni do tego, żeby starać się ujarzmić to, co nieujarzmione. Żeby podporządkować sobie nawet najdziksze i najświętsze rzeczy na tyle, na ile uda im się do zrobić. Czy jednak pogłoski o wielkiej stalowej konstrukcji rozciągającej się nad całą stolicą są prawdziwe? Pewnie tak… Inaczej jakim cudem mogliby się przeciwstawić burzom?
– Niezła jako reprezentant – odpowiedziałem tylko tak cicho, że mogła w ogóle nie dosłyszeć moich słów przez łomot dookoła. Faktycznie dawno już nie widziałem tak gniewnej siły natury, jaka się dzisiaj nam prezentowała. Spojrzałem w  ciemne niebo na horyzoncie i chciałem tylko zapytać, co się dzieje że niebo aż tak się burzy. Niestety przez obecność księżniczki było to zupełnie wykluczone.
Drgnąłem nerwowo, gdy powietrze przeciął ze świstem mały mechanizm, ale nie skomentowałem tego ani słowem. Nie miałem pojęcia, czy takie drobne ustrojstwo faktycznie mogłoby nam pomóc w razie uderzenia piorunu w stalowe poręcze przymocowane do trybun, ale może miało za zadanie ocalić tylko jedno istnienie w razie konieczności. I to zapewne nie byłem ja.
Staliśmy w ciszy, już żadne z nas jej nie przerwało. Wsłuchałem się w rytm natury. Robiło się coraz głośniej, aż w jednym momencie po kilkunastu minutach wszystko zaczęło cichnąć. Najpierw drobna zmiana, którą od razu wychwyciły moje uszy, a później stopniowo spokojniej padał deszcz i wyraźnie oddalały się od Miasta pioruny i grzmoty. Wszystko przeszło w drobną mżawkę, ale słońce już się nie pojawiło i wciąż było ciemniej niż wynikało to z pory dnia. W dodatku powstały ogromne kałuże, miejscami tworzące całe bajora i bagna – tam, gdzie teren opadał, po zachodniej stronie zamku.
Zapytałem księżniczkę, czy zamierza już wracać do zamku, a kiedy potwierdziła, ruszyłem za nią. Tysiące drobniutkich kropelek natychmiast uderzyło w moje ciało i, choć były mniej natarczywe, od razu przemoczyły tkaniny ubrań. Wróciłem się pospiesznie po resztę stroju i dogoniłem dziewczynę niemal w połowie drogi, tak szybko się poruszała. Miałem nadzieję, że teraz zwyczajnie oddalę się do swojej części, do pokoju, w którym tak rzadko przebywałem w ciągu dnia. Że położę się na materacu i rozciągnę się na nim, a może nawet pozwolę sobie na drzemkę.
Wielkie było moje zdziwienie, gdy zauważyłem przed zamkiem mechaniczny powóz Justala. Byłem pewien, że właśnie nim wybrał się do innego Dzikiego Miasta. Czy to możliwe, żeby już wrócił? Musiał pojechać jeszcze wczorajszej nocy, zapewne po kolacji, ale wciąż było trochę za wcześnie jak na powrót. Może to myśl o czekającej na niego kochanej kurze domowej tak go przyspieszyła, pomyślałem z satysfakcjonującym sarkazmem. Wszedłem do pałacu zaraz za księżniczką, wciąż ściskając w jednej ręce i tak już kompletnie mokry płaszcz i kamizelkę i stanąłem gwałtownie niemal w samym progu.
Stała tam Vashiryjka, której nigdy nie widziałem w tym zamku. Oczywiście, to nie byłby rzadki widok, ot nowa służąca, a moje zdziwienie byłoby nieuzasadnione, gdyby nie jeden drobny dla postronnego obserwatora szczegół.
U jej pasa wisiała broń, smukła, lekko wygięta katana błyszcząca w świetle sztucznego światła wielkiego hallu. Nosiła ją tak naturalnie, jakby zawsze tam była. Moje spojrzenie zatrzymało się na jej tęczówkach i na ułamek sekundy moje serce przestało bić. Liczyłem na to, że zobaczę tam Mei. Ale to nie była ona. Oczywiście. Przecież ona nie żyła. Kobieta niemal mojego wzrostu również popatrzyła prosto na mnie, chłodnym, obojętnym wzrokiem. Choć stała kilka metrów ode mnie, zauważyłem w jej oczach dziwny blask, na ułamek sekundy.
Miałem wrażenie, że ktoś ścisnął moją pierś stalową obręczą, z której nie da się wydostać. Nie mogłem nabrać tchu, nie mogłem zrobić kroku w przód ani się cofnąć. Stałem tak i gapiłem się na nią, a ona patrzyła na mnie.
Przez całe swoje życie spotkałem najwyżej kilku mężczyzn Vashirów z Kontraktem. Ta kobieta… Była zaledwie drugą.
Dopiero po chwili wróciła do mnie zdolność odbierania innych bodźców zewnętrznych. Zauważyłem samego Justala, który nie patrzył w ogóle w moim kierunku, za to właśnie uśmiechał się drapieżnie po czymś, co powiedział, pewnie na przywitanie do swojej narzeczonej. Wspominając o niej, dopiero sobie przypomniałem, że przyszedłem tu z nią… Przez szok, jaki wywołał we mnie widok Vashiryjki stanąłem trochę za blisko, co teraz pospiesznie naprawiłem, robiąc drobny krok w lewą stronę.
Tak, że znalazłem się bliżej fascynującej kobiety. Jej dłoń spoczywała na rękojeści, nie mogłem tego nie zauważyć. Miałem wrażenie, że bicie mojego serca słyszy teraz każdy w pałacu.

czwartek, 20 kwietnia 2017

48.


Amarantha
Pogoda wcale nie robiła się coraz przyjemniejsza, wręcz przeciwnie. Miałam wrażenie iż panuje urwanie chmur. Inaczej nie dało się nazwać tego stanu. Śmiałam wątpić w to, czy ktokolwiek z mej rasy widział i czuł to tak, jak ja. Bariera dzięki której odcięliśmy się od natury zdecydowanie nie miała żadnych wyrw. Nie było zatem najmniejszej szansy, na "podziwienie" czegoś takiego.
Cicho westchnęłam nie mniej jednak, cały czas słuchałam gdy opowiadał mi o porach roku. Tak bardzo ... trudne warunki. Przecież wychodząc gdy na zewnątrz był taki gorąc z pewnością narażali się na oparzenia. Z kolei zbyt długie okresy opadów deszczu groziły zalaniem terenów niżej położonych. Zdecydowanie taka kopuła jak nasza była przydatna i wszystko optymalizowała i zmieniała w warunki idealne dla nas. No ale ... istoty które tutaj zamieszkiwały potrafiły sobie radzić. Nie miałam za bardzo pojęcia jak, ale z pewnością mieli swoje sposoby. W każdym razie, liczyłam, że nie będzie mi dane przebywać tutaj przy wysokich temperaturach, do tego czasu powinnam z wszystkim się wyrobić.
Pogoda pogarszała się coraz bardziej i bardziej. Nie byłam w stanie wyjść ... podziwu tak naprawdę. Przecież taka pogoda miała silne właściwości niszczycielskie, jak można było mieć na zewnątrz coś delikatniejszego, jakąś nawet konstrukcję przeznaczoną na wypoczynek, podczas gdy wystarczyłoby zalewie kilka takich burz i by było po wszystkim. To miejsce mało mi się podobało chociaż ... sama burza jak i te pioruny ... To było na swój sposób interesujące. Zwłaszcza, że wyładowania atmosferyczne przyprawiały mnie o bardzo dziwne ... mrowienie.  Niby to mrowiło, może trochę swędziała skóra ale ... energia jaka była wysoko nad nami intrygowała mnie coraz to bardziej.
Konstrukcja, właśnie ... Nie mieliśmy pewności co do jej wytrzymałości przez tą pogodę. Miałam ochotę zakląć w złości ale wstrzymałam swój język, bowiem coś takiego nie wypadało mi zdecydowanie. Dlatego tylko cicho westchnęłam a następnie potarłam sobie ramiona by nieco bardziej się rozgrzać. Robiło się coraz zimniej a nie wspomnę już o tym wietrze który miał w sobie naprawdę wielką siłę.
- Nie, pogoda nieco uniemożliwiła mi wykonanie niektórych rzeczy, to też gdy tylko będę miała okazję, planuję udać się do pałacu i w nim już zostać.- Chciałam jeszcze wykorzystać tę nieobecność mego narzeczonego ale nie miałam nawet jak. Sam pałac niezbyt na razie mnie interesował. Musiałam tak czy siak to przeczekać. Miałam tylko nadzieję, że w moim ciele dalej krążą lekarstwa i nie grozi mi jakaś choroba wywołana niegodnościami związanymi z pogodą. Nie uśmiechało mi się przechodzenie ponownie badań a też nie miałam pewności co do skuteczności tutejszych lekarstw.
Cicho westchnęłam ponownie pocierając swoje ramiona chociaż gęsia skórka już mi się pojawiła.
- Muszę przyznać, że to zjawisko jest naprawdę ... intensywne - brakowało mi tak naprawdę odpowiedniego słowa by to wyrazić - u nas stworzono warunki idealne do życia. Temperatura ... wilgotność ... to wszystko jest dopasowane do nas, nigdy tego nie zmieniają- przeczesałam palcami włosy by nieco je ułożyć ale wiatr już robił swoje. W dodatku to co miałam na sobie brzęczało za każdym razem gdy poruszone uderzało o siebie. - To moja pierwsza burza jak tak się zastanowię - konstrukcja wydała dosyć niepokojący dźwięk a ja się skrzywiłam z niezadowolenia. Niech to mi tylko śmie się na głowę zwalić. Wzrokiem zawędrowałam w stronę stropu który stworzony był  przez schody. Tu się wszystko trzymało ... Dalej, gdzie to było ... Coś tutaj się poluzowało ... Uniosłam nieco dłoń ku górze a ta sama bransoletka którą wcześniej zabiłam jednego ze strażników z mej dłoni zawędrowała w stronę dosyć chyboczącej się konstrukcji. Naprawa i tak całościowa nie była możliwa ale przytrzymanie by nieco stabilniej się trzymało już było czymś. Do czasu uspokojenia się pogody musiało wystarczyć. Cicho westchnęłam a następnie znów wróciłam spojrzeniem do tego, co rozgrywało się poza naszym schronieniem.

47.



Seth

Na ułamek sekundy serce zatrzepotało mi w klatce piersiowej, gdy usłyszałem że dziewczyna chce się już oddalić. Wsunąłem zgrabnie miecz do pochwy z cichym brzdękiem. Na końcu języka miałem: „Tak jest, pani”, kiedy nagle na policzku poczułem pierwszą kroplę deszczu. Wiatr od razu ją strząsnął, ale jej miejsce zajęły kolejne i zrozumiałem, że już za późno na ucieczkę. Do pałacu stąd szło się około dziesięciu minut, wątpliwe żeby chciała moknąć w deszczu przez całą drogę powrotną.
Moje przypuszczenia natychmiast się sprawdziły. Odprowadziłem ją spojrzeniem, kiedy skierowała się szybkim krokiem w stronę podupadłych trybun. Jeszcze przez chwilę stałem w miejscu i pozwalałem, żeby coraz większe, cięższe i częstsze krople spadały mi na włosy i na ramiona. Spojrzałem w niebo. Było zachmurzone i gniewne, dookoła zrobiło się ciemno kiedy słońce ostatecznie się za nimi schowało. Wiatr nie przestawał dudnić.
Pozwoliłem sobie na głębokie westchnienie, po czym ruszyłem za nią, znacznie wolniej, pozwalając aby woda popłynęła strużkami po moim nagim torsie i plecach, aby kompletnie zmoczyła włosy i przykleiła mi je do karku oraz do czoła. Koszulkę i płaszcz zostawiłem przed treningiem w innej części areny, na ławeczce, mogłem więc mieć pewność, że pozostaną one względnie suche. Podszedłem do księżniczki, która skryła się pod konstrukcją trybun. Objąłem ją krytycznym spojrzeniem, wciąż stojąc na deszczu i mogłem tylko mieć nadzieję na to, że się na nas nie zawali podczas burzy.
Przymknąłem powieki, odchyliłem lekko głowę i na ułamek sekundy pozwoliłem sobie na połączenie się z wściekłym żywiołem. Czułem wodę płynącą po twarzy i zbierającą się w kącikach oczu, tworzącą w nich małe sadzawki. Mimo przejmującego zimna czułem się przez chwilę wolny. I potężny. Miałem siłę, żeby wszystko zmienić, wszystko naprawić.
Na ziemię ściągnął mnie głos dziewczyny. Nie bez żalu wszedłem w końcu pod trybuny – choć i te przeciekały w tylu miejscach, że ciężko było znaleźć całkowicie suche miejsce.
– Zasadniczo mamy trzy pory roku, pani – odpowiedziałem, tłumiąc kolejne westchnięcie. Robiłem się sentymentalny przez takie chwile sam na sam z siłami przyrody, jak ta przed chwilą. – Pora sucha, kiedy temperatury sięgają czterdziestu stopni w cieniu i praktycznie nie da się uprawiać roślin na spieczonej od słońca ziemi. Pora deszczowa to taki czas, gdy niemal bezustannie pada równomierny deszcz, a słońce znika czasem na wiele dni, ale nie ma burz. Teraz znajdujemy się w trzeciej porze – przejściowej. Charakteryzują ją nagłe zmiany atmosferyczne i burze takie jak ta – wytłumaczyłem, wbijając wzrok w ziemię przed swoimi stopami. – Ich długość trwania zmienia się w czasie i jest raczej nieprzewidywalna.
Wszystko to dla mnie było naturalne, było częścią ten ziemi i prawdopodobnie pierwszą rzeczą, o której uczą się mali Vashirzy. Nie musiałem jej mówić, że wiele z nas czuje z wyprzedzeniem mniej więcej to, co planuje natura. Pora przejściowa w tym cyklu zdaje się być gwałtowniejsza niż zwykle… I mam przeczucie, że będzie trwała dłużej niż zazwyczaj, może się rozciągnąć nawet do kilkunastu tygodni.
Huk wiatru połączony z bębnieniem deszczu i coraz częstszymi, głośniejszymi i bliższymi grzmotami powodował niezły hałas. Dodatkowo deszcz przeszedł w wściekły grad – teraz stanie w nim nie byłoby już przyjemnością. Niebo sczerniało i zrobiło się po prostu ciemno, jakby już dawno zapadł zmierzch. A dopiero dochodziła piąta.
– Miejmy nadzieję, że ta konstrukcja wytrzyma jeszcze jedną nawałnicę – mruknąłem pod nosem, zerkając na strop w kształcie schodków. Boki również były osłonione ścianami, nie byliśmy więc tak bardzo wystawieni na wiatr. Przeniosłem wzrok ponownie gdzieś w okolicę prawego ramienia księżniczki. – Czy wasza wysokość ma jeszcze jakieś plany na dzisiaj? – zapytałem wręcz służalczym tonem, którego nie cierpiałem. – Wydaje się, że deszcz utrzyma się już do wieczora, choć zasadnicza burza może się skończyć w przeciągu trzydziestu minut – poinformowałem.