czwartek, 20 kwietnia 2017

47.



Seth

Na ułamek sekundy serce zatrzepotało mi w klatce piersiowej, gdy usłyszałem że dziewczyna chce się już oddalić. Wsunąłem zgrabnie miecz do pochwy z cichym brzdękiem. Na końcu języka miałem: „Tak jest, pani”, kiedy nagle na policzku poczułem pierwszą kroplę deszczu. Wiatr od razu ją strząsnął, ale jej miejsce zajęły kolejne i zrozumiałem, że już za późno na ucieczkę. Do pałacu stąd szło się około dziesięciu minut, wątpliwe żeby chciała moknąć w deszczu przez całą drogę powrotną.
Moje przypuszczenia natychmiast się sprawdziły. Odprowadziłem ją spojrzeniem, kiedy skierowała się szybkim krokiem w stronę podupadłych trybun. Jeszcze przez chwilę stałem w miejscu i pozwalałem, żeby coraz większe, cięższe i częstsze krople spadały mi na włosy i na ramiona. Spojrzałem w niebo. Było zachmurzone i gniewne, dookoła zrobiło się ciemno kiedy słońce ostatecznie się za nimi schowało. Wiatr nie przestawał dudnić.
Pozwoliłem sobie na głębokie westchnienie, po czym ruszyłem za nią, znacznie wolniej, pozwalając aby woda popłynęła strużkami po moim nagim torsie i plecach, aby kompletnie zmoczyła włosy i przykleiła mi je do karku oraz do czoła. Koszulkę i płaszcz zostawiłem przed treningiem w innej części areny, na ławeczce, mogłem więc mieć pewność, że pozostaną one względnie suche. Podszedłem do księżniczki, która skryła się pod konstrukcją trybun. Objąłem ją krytycznym spojrzeniem, wciąż stojąc na deszczu i mogłem tylko mieć nadzieję na to, że się na nas nie zawali podczas burzy.
Przymknąłem powieki, odchyliłem lekko głowę i na ułamek sekundy pozwoliłem sobie na połączenie się z wściekłym żywiołem. Czułem wodę płynącą po twarzy i zbierającą się w kącikach oczu, tworzącą w nich małe sadzawki. Mimo przejmującego zimna czułem się przez chwilę wolny. I potężny. Miałem siłę, żeby wszystko zmienić, wszystko naprawić.
Na ziemię ściągnął mnie głos dziewczyny. Nie bez żalu wszedłem w końcu pod trybuny – choć i te przeciekały w tylu miejscach, że ciężko było znaleźć całkowicie suche miejsce.
– Zasadniczo mamy trzy pory roku, pani – odpowiedziałem, tłumiąc kolejne westchnięcie. Robiłem się sentymentalny przez takie chwile sam na sam z siłami przyrody, jak ta przed chwilą. – Pora sucha, kiedy temperatury sięgają czterdziestu stopni w cieniu i praktycznie nie da się uprawiać roślin na spieczonej od słońca ziemi. Pora deszczowa to taki czas, gdy niemal bezustannie pada równomierny deszcz, a słońce znika czasem na wiele dni, ale nie ma burz. Teraz znajdujemy się w trzeciej porze – przejściowej. Charakteryzują ją nagłe zmiany atmosferyczne i burze takie jak ta – wytłumaczyłem, wbijając wzrok w ziemię przed swoimi stopami. – Ich długość trwania zmienia się w czasie i jest raczej nieprzewidywalna.
Wszystko to dla mnie było naturalne, było częścią ten ziemi i prawdopodobnie pierwszą rzeczą, o której uczą się mali Vashirzy. Nie musiałem jej mówić, że wiele z nas czuje z wyprzedzeniem mniej więcej to, co planuje natura. Pora przejściowa w tym cyklu zdaje się być gwałtowniejsza niż zwykle… I mam przeczucie, że będzie trwała dłużej niż zazwyczaj, może się rozciągnąć nawet do kilkunastu tygodni.
Huk wiatru połączony z bębnieniem deszczu i coraz częstszymi, głośniejszymi i bliższymi grzmotami powodował niezły hałas. Dodatkowo deszcz przeszedł w wściekły grad – teraz stanie w nim nie byłoby już przyjemnością. Niebo sczerniało i zrobiło się po prostu ciemno, jakby już dawno zapadł zmierzch. A dopiero dochodziła piąta.
– Miejmy nadzieję, że ta konstrukcja wytrzyma jeszcze jedną nawałnicę – mruknąłem pod nosem, zerkając na strop w kształcie schodków. Boki również były osłonione ścianami, nie byliśmy więc tak bardzo wystawieni na wiatr. Przeniosłem wzrok ponownie gdzieś w okolicę prawego ramienia księżniczki. – Czy wasza wysokość ma jeszcze jakieś plany na dzisiaj? – zapytałem wręcz służalczym tonem, którego nie cierpiałem. – Wydaje się, że deszcz utrzyma się już do wieczora, choć zasadnicza burza może się skończyć w przeciągu trzydziestu minut – poinformowałem.