środa, 26 kwietnia 2017

51.



Seth

Usłyszałem zwolnienie ze służby – jakimś cudem dotarło do moich przytłumione, uszu jak zza mgły – ale nie ruszyłem się z miejsca. Patrzyłem prosto w oczy ciemnoskórej kobiety, nie przerwałem kontaktu wzrokowego ani ona tego nie zrobiła. Twarz miała beznamiętną, a minę obojętną, ale w oczach… czaiło się coś. Może to było odbiciem tego, co sam czułem, może dopatrywałem się w niej lustra siebie samego… A może naprawdę kryła się tam ta iskra. We mnie nie paliła się tak mocno i jasno jak dzisiaj chyba aż od śmierci Mei.
W końcu to ona przerwała to dziwne połączenie, na dźwięk słów Justala:
– Możesz odejść, czekaj na mnie.
Nie patrząc więcej w moją stronę, odwróciła się i odeszła w kierunku wskazanym przez Szlachcica, choć nie bezpośrednio; skierowała się na pewno do jego gabinetu. Nie było wątpliwości – Justal wymusił podpisanie kolejnego Kontraktu z tą piękną kobietą. Poczułem jednocześnie żal i wściekłość, które mocniej zacisnęły tą stalową obręcz i tak już znacznie utrudniającą mi oddychanie.
Zostałem sam, kiedy Justal i Amarantha zniknęli za rogiem korytarza, zapewne kierując się na kolację. Nie poszedłem za nimi, w końcu byłem wolny i nawet jeśli mój pan chciał mieć mnie przy sobie – choć nie dał takiego znaku lub zupełnie go przegapiłem przez rozpraszające towarzystwo Vashiryjki – nie mogłem tak po prostu zignorować polecenia księżniczki. Po kilku minutach w końcu zebrałem się w sobie i, wlokąc się noga za nogą, ruszyłem do części zamku, którą Justal miał na własność. Mogłem iść gdzie indziej, przeczekać aż będę mógł złożyć raport w pokoju lub na deszczu… Ale wiedziałem, że kobieta tam poszła. Dziwna siła pchała mnie w jej stronę, nieracjonalna i bardziej instynktowna. Tak naprawdę jej nie znałem. A mimo to wyobrażałem sobie, że łączy nas coś głębokiego, mrocznego i potężniejszego niż mógłbym sądzić.
Odnalazłem gabinet i z niemałym wahaniem popchnąłem drzwi. Była w środku, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, wbijając wzrok w drzwi, w progu których stanąłem. Opierała się nonszalancko biodrem o biurko. Nie usiadła, mimo że miała jeszcze przynajmniej pół godziny do pojawienia się Szlachcica.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, aż w końcu to ona przerwała ciszę.
– Zamknij drzwi – poleciła, a jej głos był miękki i melodyjny, choć zawierał w sobie rozkaz z irracjonalną twardością stali. Zrobiłem to, zanim zdążyłem pomyśleć. Przecież nie musiałem jej słuchać. – Shatalaiflash – rzuciła, nie zmieniając pozycji. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że zwyczajnie się przedstawiła.
– Ktarrhsabaldar – odpowiedziałem powoli po kilku sekundach ciszy, jednocześnie mrużąc lekko oczy i robiąc kilka kroków w jej stronę. Ponieważ ona stała, sam nie usiadłem. Nie chciałem pozwolić jej na górowanie nade mną. – Podpisałaś Kontrakt – bardziej stwierdziłem niż zapytałem.
– O, jaki spostrzegawczy – prychnęła.
Postanowiłem zignorować obrazę, głównie dlatego, że jej czar i aura działały na mnie jak magnes. Chyba zdawała sobie z tego sprawę, poza tym coś sprawiało, iż miałem wrażenie, że nie jest do mnie wrogo nastawiona.
– Dlaczego?
– A dlaczego ty to zrobiłeś?
– Fakt, głupie pytanie – westchnąłem. – Może powiesz chociaż jak wylądowałaś tutaj?
Uniosła tylko brwi w dość ironicznym geście, a na jej ustach pojawił się krzywy uśmiech. O bogowie, czeka mnie chyba długie oczekiwanie na Justala.
– Masz interesującą katanę. – Spróbowałem zmienić taktykę.
– Zwykle na pierwszej randce mówią o oczach. To już jest jakiś krok naprzód – odpowiedziała, a jej uśmiech nieco się poszerzył.
Ona bawiła się moim kosztem! Mimo to zamiast złości poczułem rozbawienie. Dziwne łaskotanie w żołądku sugerujące, że chce mi się śmiać. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem coś takiego.
I nasza rozmowa jakoś potoczyła się dalej. Nie mówiliśmy niczego konkretnego, nie dzieliliśmy się przeżyciami z czasu Kontraktu ani wspomnieniami w dzieciństwa. Głównie ze względu na zamocowane w pomieszczeniu urządzenia szpiegujące, które z pewnością się tu znajdowały, Justal miał je w całym zamku. Przez ten czas ani słowem nie pisnęliśmy o iskrze, jaka się paliła w naszych wnętrzach, ale teraz z każdym kolejnym słowem byłem pewien, że ona to czuje. Nagle przestałem być sam. Poczułem, że muszę ją złapać w mniej inwigilowanym miejscu, żeby porozmawiać z nią prawdziwie w cztery oczy.
Po pewnym czasie, choć nie potrafiłbym powiedzieć ile to zajęło, pojawił się sam Justal. Nasze twarze od razu znów zrobiły się jak maski z kamienia, nie ukazując żadnych emocji. Usiadł za biurkiem i po wykonaniu całego rytuału, czyli naszych ukłonów i jego nerwowego ustawiania papierów na mahoniowym blacie, mogliśmy przejść do sedna.
Opowiedziałem mu wszystko. Wyśpiewałem dosłownie każdą czynność i słowo kobiety, dodałem każdą myśl i swoje podejrzenie, nie bojąc się używać określeń w stylu „moim zdaniem…” i „mi to wyglądało na…”. Chciał to wiedzieć, więc mówiłem. Słuchał tego z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, ale nie zadał żadnego pytania. Miałem nadzieję, że to znaczy tylko tyle iż wszystko dobrze wyjaśniłem i obrazowo przekazałem.
Kazał mi odejść, a wtedy nie powstrzymałem jednego krótkiego spojrzenia w stronę Shatalaiflash. Mogło być to zbyt wymowne, ale nie potrafiłem tego powstrzymać za żadną cenę. Jeśli to zauważył – na pewno zauważył – to pozostawił to bez słowa komentarza.
Położyłem się na materacu w swojej kanciapie chociaż wiedziałem, że nie zasnę.