Amarantha
Pogoda była czymś zdecydowanie kapryśnym, miała z pewnością wiele wspólnego z młodymi. W jednej chwili spokojna a w następnej już ryczy w niebo głosy, tak, że jest nie do poznania. Jednak tak jak mówił sługa, sama burza zaczęła się już uspakajać. Po raz kolejny jak u dziecka, szybko i nagle ale nie zbyt długo. Cz mogli nam się dziwić skoro świadomie odcięliśmy się od tego czegoś tak rozkapryszonego? W końcu młodym nie pozwalamy sobie wchodzić na głowę, to też dlaczego mielibyśmy sobie pozwalać z naturą? Nie, zdecydowanie należy trzymać ją pod kontrolą.
Z deszczem było tak, jak domyślałam się. Ilość wody zalała większą ilość terenu przez co ten stał się wyjątkowo grząski. Nie wspomnę o tym ... błocie. Na Pierwszych, zdecydowanie nie uśmiechało mi się przez to przedzierać. Niestety ale nawet jeśli wzrokiem odnajdywałam najbardziej ... Bezpieczne miejsca, to jednak i tak nie było możliwości by wyjść z tej sytuacji w nienagannym stanie. Po cichu liczyłam chociaż, że zdążę się odświeżyć przez przyjazdem mężczyzny, który nosił miano mego narzeczonego.
- Tak - Mruknęłam w odpowiedzi na pytanie mężczyzny a następnie ruszyłam przed siebie. Z trudem przychodziło mi zachowanie kamiennego wyrazu twarzy byleby nie wzdrygać się za każdym razem gdy coś chlusnęło czy mlasnęło pod podeszwą mego buta. Spokojnie, koniec końców to nic. Jakby nie patrzeć, to właśnie było nic, w porównaniu z tym, co czułam podczas burzy.
Nie oglądałam się nawet za sługą, słyszałam jego kroki, to też nie interesowałam się w żaden inny sposób jego osobą. Moją uwagę za to przykuło coś innego, mianowicie pojazd Kasandrosa zarządzającego tym Dzikim Miastem. Zmarszczyłam delikatnie brwi bowiem bynajmniej nie spodziewałam się go jeszcze. Miało go ... jeszcze nie być. Powinnam się cieszyć, że nie pojawił się wcześniej. Tyle szczęścia mi się chociaż należało od życia ...
Weszłam do pałacu powoli chociaż w myślach upominałam się jak tylko mogłam, by po mimo swego stanu, trochę jednak byłam mokra, wyglądać jak zawsze. Miałam być niczym wykutą z kamienia.
Na początek swym wzrokiem odszukałam narzeczonego, nie pozostawał on jednak długo w centrum zainteresowania. Amarant zatrzymał się również na nowej ... służącej jak mniemam Justala.
- Kochanie, jak się cieszę, że wreszcie mogę cię widzieć - Byłam ciekawa czy kiedykolwiek użyje mojego imienia czy też może będzie raczył mnie jakimiś bezsensownymi słówkami... W końcu nie byłam takim skarbem, nie byłam też osobą którą kochał, z pewnością nie byłam również wieloma "rzeczami" od których mógłby mi posłodzić. Nawet jeśli tak bardzo kusiło mnie, by zwrócić mu uwagę, by zwracał się do mnie odpowiednio, ignorowałam to. Traktowałam go pod pewnymi aspektami jak dziecko, jeśli to go trzymało na bezpieczną odległość od mych spraw ... byłam w stanie zdzierżyć ... wiele. Pozwoliłam mu nawet zbliżyć się do mnie ... mniej więcej.
Chciałabym naprawdę powiedzieć to co ty, macie taki szeroki zakres słów, możecie z taką swobodą wysławiać, opisywać to co czujecie, nie to co my. Może gdybym od samego początku czyniła wszystko co do joty tak jak oczekiwali ode mnie, teraz nie miałabym takich trudności.
- Nie minęło tak wiele czasu ... Jesteś jednak wcześniej niż spodziewałam się. Czyżbyś wcześniej zakończył swoje sprawy? - Powitanie tak ciepłe jak ten deszcz, który padał. Nie mógł jednak liczyć na nic innego z mej strony. Uśmieszek jednak, który igrał na jego twarzy nieco zmalał ale dalej widniał. On mógł się uśmiechać, nawet jeśli nie był to uśmiech niczym u niewinnego dziecka a bardziej drapieżcy. Jemu nic nie zrobili za to i nie zrobią.
- Powiedzmy ... Nie chciałem również mimo wszystko zostawiać cię na dłużej samą...- moja brew w tym właśnie czasie zawędrowała nieco wyżej. Oczywiście, z pewnością tak było. No cóż, postanowiłam teraz w to nie wnikać.
Kichnęłam. Otworzyłam szerzej nieco oczy bowiem chwilę później to się powtórzyło. Jeśli to miały być sygnały od ciała o jakimś zagrożeniu zdrowia, to bardzo mi się to nie podobało. Justal oczywiście zaraz zdjął swoje wierzchnie odzienie, co uważałam za zbędne, bo jeśli już coś by mnie miało brać, to cieplejsze odzienie nic nie zmieni, a następnie mi je zaproponował. Miałam nosić coś jego? Ughh, napełniało mnie to jedynie odrzuceniem i pełnym obrzydzeniem. Przełknęłam jakiekolwiek uwagi odnośnie tego i przyjęłam jednak to co mi wręczył, chociaż nie opatuliłam się w żaden sposób. Niezadowolenie wyjątkowo mocno mnie gryzło i w sumie nawet jeśli na mej twarzy nie pojawiła się ani jedna zmarszczka, to w oczach widać było wiele, jeśli ktoś oczywiście miał odwagę patrzeć w nie dłużej.
Słudze przekazałam, że może może odejść. Miał wolne, chyba, że zmieniłabym zdanie i jednak do czegoś bym go zawołała. Nie przypuszczałam jednak by najbliższym czasie miało to się stać, chociaż któż wie co się stanie. Dzień powoli zbliżał się ku końcowi a co za tym idzie, jednostki rodzicielskie z pewnością niebawem będą chciały się ze mną skontaktować, do tego zaś potrzebowałam dłuższej chwili w samotności.
Mój narzeczony wydał jakieś polecenie tej kobiecie a następnie znów zwrócił się w mą stronę z uśmiechem. Ruchem głowy pokazałam, byśmy się w końcu stąd udali dalej, nie miałam zamiaru marnować na niego więcej czasu. Miałam ochotę na posiłek w dodatku potrzebowałam zmienić swoje odzienie i ... ponownie zadbać o swoją higienę ...
- Powiedz mi co robiłaś podczas mojej nie obecności? Czy nie nudziłaś się zbytnio?
- Nie, nie groziło mi to. Spożytkowałam ten czas odpowiednio. Przeczytałam to, co znalazłam w swym pokoju, nawet zajmujące, trochę spacerowałam po samym pałacu, przeszłam się również nieco na zewnątrz, gdzie miałam to nieszczęście bycia złapaną przez obecne warunki pogodowe - wcześniej nieco byłam w mieście, na rynku, zwiedziłam slumsy ahh no i jeszcze myszkowałam w jednej z twoich fabryk, ale o tym nie musisz wiedzieć - Czy załatwiłeś wszystko tak jak chciałeś z tamtym Szlachcicem? - tutaj pozwoliłam mu się wypowiedzieć nieco o swoim wyjeździe jeśli na to miał ochotę chociaż nie mogłam się doczekać by dojść do swojego pokoju by się uszykować do kolacji. Mój żołądek nie hałasował ale byłam pewna, że niewiele mu brakuje aby przypomnieć mi o sobie.