czwartek, 6 kwietnia 2017

15.



Seth



                Wsparty na wyprostowanych rękach, klęczałem na ziemi w coraz większej kałuży krwi umierającej dziewczyny. Dłonie, na których się opierałem, zacisnąłem w pięści i pozwoliłem sobie na zwieszenie głowy przez kilka sekund. Wcześniej nie dopuszczałem do siebie myśli i dlatego ich nagłe uderzenie i natłok spowodował, że aż zakręciło mi się przed oczami. Kiedy szał bitewny minął, zrozumiałem co zrobiłem i dlaczego; dotarł do mnie ponury komizm całego zajścia. I wrócił ból z ran ciętych.
                Spojrzałem kątem oka na zastygłą twarz przeciwniczki. Po co to robiłaś, dziewczyno? Nigdy nawet nie zbliżyłabyś się do Szlachcica uzbrojona tylko w sztylet… Nawet, gdybyś umiała panować nad mocą… Zmusiłaś mnie do zabicia cię!
                Zęby zgrzytnęły nieprzyjemnie o siebie i zdałem sobie sprawę, że poza wyczerpaniem i nadciągającym ze wszystkich stron niczym chmury burzowe smutkiem czuję również złość. Płomień rozbłysnął jaśniej i musiałem mocno zagryźć wargę aby nie wrzasnąć. Kto mógł pozwolić na takie zło? Kto mógł doprowadzić do sytuacji, w  której dwójka sług zabija się dla przyjemności ze spektaklu dla panów?
                Podniosłem się z kolan, wolno, ostrożnie żeby nie pogłębić żadnej z ran. I wtedy zauważyłem, że w naszą stronę idzie czerwonooka księżniczka. Czy ten kolor nie był tylko odbiciem krwi, która zalała plac, krwi dziewczyny młodszej od niej, która nigdy nie zaznała wolności? Nie, nie. Zamrugałem szybko kilka razy, starając się wrócić na ziemię, do rzeczywistości. Brutalnie stłamsiłem w sobie każdy widoczny zalążek buntu czy niezadowolenia i kiedy Kasandros do nas podszedł, skłoniłem się niczym machina. Równo, prosto, po prostu… machinalnie. To było w moim ciele, wyuczone, zawsze obecne.
                Zdziwiły mnie jej słowa. Oni nie dziękują za pomoc. Nie gratulują, kiedy brudzisz dla nich ręce we krwi niewinnych istot wyłamujących się z niesprawiedliwego podziału rasowego. Jednak kiedy się wyprostowałem, kobieta już nie patrzyła w moją stronę i zapewne nie słyszała mojego cichego „Tak, pani”. Bolało mnie udo, wyglądało na dość głęboką ranę, choć na pewno nie sięgnęło kości. Poza tym, reszta to były raczej zadrapania jakich wiele już przeżyłem.
                Lekko zmarszczyłem brwi na jej kolejne słowa. W mojej głowie natychmiast zaczęły pracować trybiki z tempem, na jakie pozwalało zmęczone ciało. Czy to test? Jeśli odejdę, czy to będzie wyrokiem śmierci? A jeśli nie, czy można odrzucić ten irracjonalny… podejrzany wręcz przypływ dobroci? Tak, uratowałem ją, ale nie robiłem tego wcale dla niej – robiłem to, bo podpisałem Kontrakt i było moim obowiązkiem bronić nie tyle ją, co Szlachcica. Poza tym przed jedną młodą dziewczyną każdy z nich uratowałby się sam. Więc dlaczego? Co powinienem zrobić?
                Nie trwało to długo. Wystawianie Kasandrosa na próbę cierpliwości to duży błąd. Dlatego tylko skłoniłem się po raz kolejny i odpowiedziałem na tyle głośno, aby mnie usłyszała mimo tego, że właśnie się odwróciła:
                – Wrócę do pracy, pani. Będę szedł z tylną strażą aby nie opóźnić pochodu w żaden sposób. Jednak moja przydatność może ulec zmniejszeniu.
                Odczekałem, aż księżniczka wsiądzie z powrotem do powozu, po czym powoli się wyprostowałem, oddarłem nadszarpniętą nogawkę i szybko zrobiłem prowizoryczny opatrunek mający na celu zatamować krwawienie. Chyba tyle jeśli chodzi o mój nowy strój, a to tylko jeden dzień… Westchnąłem i, lekko utykając, ruszyłem w stronę tyłu pochodu. Właściwie w razie ataku nie przydałbym się teraz w walce bardziej niż początkujący wojownik, mimo to wolałem się nie narażać i nie opuszczać towarzystwa. Zwłaszcza, że mój obecny prawdziwy właściciel na pewno nie pozwoliłby mi tak po prostu odejść.
                Szliśmy teraz trochę wolniej, jakby straż potrzebowała więcej czasu na dokładne sprawdzanie terenu i ludzi. Poza tym mimo ataku tłum wcale się nie przerzedził. Nawet więcej, zagęścił się jeszcze ponieważ nadeszła ta pora wieczoru, w której Vashirzy mają wolny czas na zakupy i spacer, jedyna w ciągu dnia. To było mi na rękę, bo ból dawał o sobie znać coraz uporczywiej i musiałem coraz częściej przystawać aby złapać dech. Nikt nie myślał nawet  o tym, żeby mi pomóc, ale nie dziwiłem się ani nie miałem do nich żalu. Też nie pomógłbym nikomu w takiej sytuacji. Pomimo tłumu reszta pochodu przepłynęła bez wydarzeń, przynajmniej tu, na tyle. Kiedy tylko dotarliśmy z powrotem do pałacu, służący zaczęli się rozchodzić. Mieli kolejne zadania – trzeba było przygotować kolację, wanny i łoża, wszystko przygotować i posprzątać. Robiło się już późno, a Słońce dawno zaszło.
                Kiedy tylko dotarłem do schodów, opadłem na jeden z nich i przez chwilę po prostu siedziałem, dyszałem i czekałem aż moja pani i pan wyjdą z powozu. Miałem zamiar iść za nimi. Zgodnie z poleceniami Justala.