Amarantha
Po skorygowaniu swej osoby zajęłam się czymś innym. W końcu było tutaj więcej nieco bardziej wart uwagi osób. Chociażby towarzystwo w pojeździe, w którym teraz siedziałam ... Mniej lub bardziej, jednak każdy pod mym spojrzeniem starał się jak najlepiej zaprezentować. Bawiło mnie to jednak, bowiem próbowali ... co? Dorównać mi? Ukazać swą jak najlepszą stronę abym przychylniej na nich spoglądała? Może liczyli na jakieś me względy?
Spokój pochodu został przerwany. Wychyliłam się nieco na swym miejscem by wzrokiem wybadać co było tego przyczyną. Przez to jednak co się działo, moje pole widzenia było wyjątkowo ograniczone. Z tego co jednak dane mi było usłyszeć ktoś krzyknął, z niedaleka poleciały jakieś przekleństwa. Zdecydowanie cała ta sytuacja coraz mnie mi się podobała. Nie dość, że mój narzeczony podpadł mi z tym pochodem, to jeszcze teraz ktoś śmiał go zakłócać. Coś aż się we mnie zagotowało i zapragnęło osobiście zająć się powodem pogorszenia mojego zadowolenia. W dodatku winowajca zdecydowanie wprowadził zbyt wielki zamęt w otoczenie.
- Spokojnie, tutaj jesteś bezpieczni. - mruknął mój narzeczony, który wiercenie się na miejscu u mnie, wziął za przejawy obaw lub i też strachu. Jakby ktoś z tutaj obecnych był w stanie mi cokolwiek uczynić!
Odpuściłam sobie wywrócenie oczami, mrucząc jedynie, iż w to akurat nie wątpię. Potem jednak nieco bardziej zaczęłam się rozglądać. Czy i tutaj musieli tak panikować? Na wszystkie świętości pierwszych! Czy tutaj siedzieli byle jakie wymoczki czy może Kasandrosi? Rozumiałam, że wyższe sfery i tak dalej, ale czy przypadkiem oni sami nie posiadali już umiejętności by sobie poradzić? Nie róbcie wstydu! Fala obrzydzenia w stosunku do nich zaraz przewinęła się przez me ciało. Żałosne. Dobrze, że jeszcze mój narzeczony się do tego nie dołączył. Gdyby tylko on stracił nad sobą panowanie, chyba nawet nie odzywałabym się do niego, bowiem w mych oczach byłby tylko żałosną podróbką prawdziwego Kasandrosa. Nic nie warta kupka ścierwa nosząca się w dobrobycie ...
Przez chwilę mignął mi przed oczami mój nowy sługa, jednak później już straciłam go z oczu. Przyczyna całego tego zamieszania była tutaj.
- Chyba za mało ich pilnujesz mój narzeczony, skoro ktokolwiek ma odwagę zakłócać nasz obchód - w mym głosie mimo wszystko zabrzmiała nuta rozczarowana. - U nas nie mają nawet odwagi myśleć o krzywym spojrzeniu na swych panów - pokręciłam głową na chwilę przymykając swe powieki. Nie mogłam się unosić za bardzo. Musiałam być tą oazą spokoju, chłodna ale i mordercza niczym stal miecza.
Wychyliłam się z pojazdu tak, by móc lepiej przyjrzeć się akcji. Dosyć prędko znalazłam swego sługę i tego, kto nam przeszkodził. Z jednej strony pojawiła się chęć by osobiście ukarać winowajcę, z drugiej jednak strony chciałam dowodu, że mój sługa nie zawaha się podnieść ostrza nawet na kogoś z jego z jego rasy. Obojętnie kto by był tym, z kim walczył. Musiał sobie poradzić. Ja zaś w milczeniu, nie słuchałam tego towarzystwa i nie włączałam się do ich rozmów, obserwowałam całe zajście.
Szarpanina nie trwała zbyt długo. Ciało kobiety, bowiem gdy wcześniej spojrzała w naszą stronę dosyć łatwo rozpoznałam płeć i rasę, zostało nadziane na jej własne ostrze. Krew momentalnie się pojawiła a z jej jasnych oczu życie uleciało całkowicie.
Walka dobiegła końca. Zdecydowanie ktoś musiał tutaj zaprowadzić porządek, bowiem to miasto było jednym wielkim bałaganem. Nawet gdy mój narzeczony nalegał abym została w środku, w razie gdyby takich osób było więcej, ja go nie usłuchałam i ruszyłam w stronę mężczyzny i tego ciała.
Moje amarantowe tęczówki były wbite w ciało jakby za chwilę miało się podnieść i ponownie zaatakować.
- Dobrze wykonałeś swoją robotę. Chociaż pod tym względem Justal mnie nie zawiódł- to drugie zdanie mruknęłam już nieco ciszej tak jakbym mówiła to do siebie.
Rozejrzałam się dookoła, gdzie w pewnej odległości jeszcze tłoczyli się ludzie. Miałam ochotę całkowicie rozgromić to towarzystwo, musiałam jednak pokazać, że nawet coś takiego absolutnie mnie nie ruszyło.
- Nakazuję wszystkim się uspokoić i nie stwarzać dodatkowych utrudnień! Niedogodność została już usunięta! Nie ma czym się przejmować! - tutaj podniosłam głos, tak, by mnie doskonale słyszano. Może miałam drobne ciałko, może wyglądałam niepozornie, ale w swym głosie potrafiłam zawrzeć całą siłę i władczość - Ty- tutaj zwróciłam się do jednego z bliżej będących mnie strażników - zajmij się tym ścierwem. Ma nie być tutaj najmniejszego śladu po tym występku, mam nadzieję, że się rozumiem - zaraz przyszła odpowiedź wraz z odpowiednim niskim ukłonem.
Towarzystwo powoli wracało do dawnego szyku. Ci którzy chcieli jeszcze tutaj być oczywiście, ci co byli zbędni jak dla mnie od początku, w końcu zrezygnowali i oddalili się.
- Co do ciebie ... znaj mą łaskę, dostaniesz dwie możliwości. Którą wybierzesz będzie tylko i wyłącznie twą decyzją. Możesz albo wrócić na swe stanowisko albo zająć się swoim stanem - tutaj brałam pod uwagę urazy, które odniósł. Nie śmiałam mieć wątpliwości w jego wytrzymałość, bo tak szybko nie padnie, nie chciałam jednak by w jakikolwiek sposób spowalniał nas lub i też padł mi po drodze czy też zemdlał. To zdecydowanie nie byłoby mi na rękę, a że poradził sobie dobrze, byłam zadowolona, to też w ten minimalny sposób, to okazałam.
Powoli odwróciłam się w stroję pojazdy i powoli zaczęłam iść. Miałam jak zawsze wysoko uniesioną głowę, w spojrzeniu zaś dalej była ta sama obojętność i chłód.
Pochód miał jeszcze trochę trwać, to też musiałam się na to przygotować. Liczyłam jednak na to, że to rozrzedzenie towarzystwa da mi większe możliwości.