czwartek, 6 kwietnia 2017

13.



Seth
                Po prostu trzymałem dłoń wyciągniętą przed siebie i patrzyłem w kierunku mojego pana stojącego razem z innymi Kasandrosami. Nie spodziewałem się, żeby księżniczka przyjęła moją pomoc i dlatego tym większe było moje zdziwienie, kiedy tak się stało. Stanowczo zbyt szybko spojrzałem na jej twarz, zbyt gwałtownie odwróciłem wzrok i przez chwilę patrzyłem prosto na jej profil. Na szczęście nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi – równie dobrze mogła właśnie podeprzeć się na balustradzie, nie na żywej istocie. Teraz jednak mi to nie przeszkadzało, ba, nawet możliwe że uratowało mnie od jej gniewu, gdyby bowiem zauważyła moje spojrzenie… Mogłoby się zrobić niemiło.
                Na szczęście wszystko to trwało zaledwie ułamek sekundy i chwilę później już stałem sztywno wyprostowany obok wozu, patrząc jak wsiada do niego Justal i jego poplecznicy. Kiedy wszyscy wreszcie się usadowili i wymienili obrzydliwie nieszczere pozdrowienia i grzeczności, mogliśmy ruszać. Dla mnie nie było miejsca nawet obok powozu – nie mówiąc o wejściu do środka – dlatego musiałem go wyprzedzić i iść przed nim. Rozpychać tłum, jeśli gdzieś zebrał się zbyt gęsty i mało chętny do przesunięcia się. Nie pozwalać, aby zwykli ludzie, a nie daj Boże pchani ciekawością Vashirowie zbliżyli się za bardzo do karocy.
                Na takiej pozycji musiałem obracać się przez ramię żeby widzieć moją panią i kompletnie wykluczona była możliwość pilnowania jej bezpieczeństwa. Założyłem po prostu, że ze Szlachcicem i jego kolegami poradzi sobie sama lepiej niż ze mną. No i musiałem liczyć na to, że element zaskoczenia jakim było jej niezapowiedziane pojawienie się w mieście zapobiegnie jakimkolwiek próbom zamachów.
                W chwili, w której to pomyślałem, przed oczami mignęła mi ciemna plamka wśród tłumu. Łatwa do przeoczenia, pozornie zwykła dla przeciętnego człowieka… Ale mój zmysł wojownika podpowiedział mi od razu, że ten ktoś poruszał się zbyt celowo, zbyt zwinnie i zbyt ukierunkowanie. Zatrzymałem się i w ułamku sekundy obróciłem się na pięcie, jednocześnie ze zgrzytem wyszarpując miecz z pochwy wiszącej mi u pasa. Jakiś sługa, który szedł tuż za mną, w wyniku mojej niespodziewanej reakcji wpadł na mnie, klatką piersiową obijając się o ramię i bok. Odepchnąłem go. To spowodowało mały zamęt, jakiś krzyk, ale nie widziałem co dzieje się tuż obok mnie, bowiem spojrzenie wbite miałem w dal. Ciemna plama ponad tłumem, niesamowicie zwinna. Wyskoczyła w powietrze i saltem ominęła tylną straż. Vashir buntownik. Co za idiota!
                W ciżbie się zakotłowało, ktoś klął. Nie słyszałem dźwięku stali dwóch zderzających się mieczy, mimo że napastnik wylądował między ludźmi Szlachcica. Kopniakiem odsunąłem ze swojej drogi jakiegoś Sledrysa i zanurkowałem między ludźmi, przepychając się łokciami i nie zważając na fakt, iż wyciągnięty miecz rani postronnych gapiów.
                Kiedy dotarłem na wysokość powozu w kolumnie, wypchnąłem się z tłumu, który teraz już sam cofał się i robił miejsce. Dzieci płakały, ludzie krzyczeli i kotłowali się, starając się opuścić plac, na którym się znajdowaliśmy. Jednym susem dopadłem do metalowego pudła, w którym znajdowała się księżniczka i mój pan, a kiedy zauważyłem że nic im nie jest, niemal nie odetchnąłem z ulgą. Wtedy właśnie coś rzuciło mi się na plecy i przewróciło do tyłu, wykorzystując mój ciężar aby wyskoczyć do góry, w stronę wozu. Odruchowo podniosłem dłonie i aż warknąłem z frustracji, ale udało mi się złapać postać za kostkę i razem potoczyliśmy się po bruku. Wyrzuciłem miecz, bo była spora szansa, że zranię nim samego siebie przy takiej szarpaninie.
                Wylądowałem na plecach, na mnie siedział napastnik. Zamachnął się pięścią i ledwo udało mi się sparować potężny cios, który – gdyby sięgnął celu – złamałby mi nos. Wtedy spod kaptura wysypały się włosy, a ja zauważyłem twarz. To była kobieta. Młoda Vashiryjka, w której oczach płonął ogień.
                Nie wahałem się. Ja sam czułem żar, który rozpalił się we mnie na wskutek adrenaliny, strachu i walki. Choć to było bluźnierstwem i moim przekleństwem, kochałem walczyć. Palenie mięśni i ból z ran, satysfakcja na widok pokonanego przeciwnika, z którego ulatuje życie…
                Z wrzaskiem napiąłem wszystkie mięśnie i kolanem zrzuciłem z siebie dziewczynę. Była ode mnie lżejsza i dzięki temu, że znałem jej płeć już miałem nad nią niewielką przewagę, czy raczej ona straciła ją nade mną. Chwilę walczyliśmy w zwarciu, ale ona miała dwa sztylety, a moja broń leżała gdzieś dalej, pod nogami uciekającego tłumu. Rany w kilku miejscach na ciele paliły żywym ogniem, ale moje myśli zajęte były walką i to pozwoliło mi chwilowo je zignorować na tyle, żeby były znośne.
                Przez chwilę miałem wrażenie, że mnie pokona. I ona chyba też to poczuła, bo zerknęła przez ramię na powóz. Pewnie chciała ocenić sytuację i ponaglała się – nie przyszła tu walczyć ze mną, chciała zabić Szlachcica lub jego nową koleżankę. Jednak ta krótka chwila zaważyła na wyniku. Rzuciłem się w jej stronę, złapałem nadgarstek i wykręciłem go brutalnie ze stawu, po czym przebiłem jej pierś sztyletem, na rękojeści którego wciąż zaciskała palce.
                Razem upadliśmy na bruk. Dyszałem ciężko, zmęczony tą walką bardziej niż powinienem. Nie tylko fizycznie…
                Ratowałem życie człowieka, który zabił moją ukochaną, a mnie zniewolił. Zabiłem Vashirijkę, która chciała jedynie zemsty, jakiej ja sam pragnąłem.