Seth
Po
prostu trzymałem dłoń wyciągniętą przed siebie i patrzyłem w kierunku mojego
pana stojącego razem z innymi Kasandrosami. Nie spodziewałem się, żeby
księżniczka przyjęła moją pomoc i dlatego tym większe było moje zdziwienie,
kiedy tak się stało. Stanowczo zbyt szybko spojrzałem na jej twarz, zbyt
gwałtownie odwróciłem wzrok i przez chwilę patrzyłem prosto na jej profil. Na
szczęście nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi – równie dobrze mogła właśnie
podeprzeć się na balustradzie, nie na żywej istocie. Teraz jednak mi to nie
przeszkadzało, ba, nawet możliwe że uratowało mnie od jej gniewu, gdyby bowiem
zauważyła moje spojrzenie… Mogłoby się zrobić niemiło.
Na
szczęście wszystko to trwało zaledwie ułamek sekundy i chwilę później już
stałem sztywno wyprostowany obok wozu, patrząc jak wsiada do niego Justal i
jego poplecznicy. Kiedy wszyscy wreszcie się usadowili i wymienili obrzydliwie
nieszczere pozdrowienia i grzeczności, mogliśmy ruszać. Dla mnie nie było
miejsca nawet obok powozu – nie mówiąc o wejściu do środka – dlatego musiałem
go wyprzedzić i iść przed nim. Rozpychać tłum, jeśli gdzieś zebrał się zbyt
gęsty i mało chętny do przesunięcia się. Nie pozwalać, aby zwykli ludzie, a nie
daj Boże pchani ciekawością Vashirowie zbliżyli się za bardzo do karocy.
Na
takiej pozycji musiałem obracać się przez ramię żeby widzieć moją panią i kompletnie
wykluczona była możliwość pilnowania jej bezpieczeństwa. Założyłem po prostu,
że ze Szlachcicem i jego kolegami poradzi sobie sama lepiej niż ze mną. No i
musiałem liczyć na to, że element zaskoczenia jakim było jej niezapowiedziane pojawienie
się w mieście zapobiegnie jakimkolwiek próbom zamachów.
W
chwili, w której to pomyślałem, przed oczami mignęła mi ciemna plamka wśród
tłumu. Łatwa do przeoczenia, pozornie zwykła dla przeciętnego człowieka… Ale
mój zmysł wojownika podpowiedział mi od razu, że ten ktoś poruszał się zbyt
celowo, zbyt zwinnie i zbyt ukierunkowanie. Zatrzymałem się i w ułamku sekundy
obróciłem się na pięcie, jednocześnie ze zgrzytem wyszarpując miecz z pochwy
wiszącej mi u pasa. Jakiś sługa, który szedł tuż za mną, w wyniku mojej
niespodziewanej reakcji wpadł na mnie, klatką piersiową obijając się o ramię i
bok. Odepchnąłem go. To spowodowało mały zamęt, jakiś krzyk, ale nie widziałem
co dzieje się tuż obok mnie, bowiem spojrzenie wbite miałem w dal. Ciemna plama
ponad tłumem, niesamowicie zwinna. Wyskoczyła w powietrze i saltem ominęła
tylną straż. Vashir buntownik. Co za idiota!
W
ciżbie się zakotłowało, ktoś klął. Nie słyszałem dźwięku stali dwóch
zderzających się mieczy, mimo że napastnik wylądował między ludźmi Szlachcica.
Kopniakiem odsunąłem ze swojej drogi jakiegoś Sledrysa i zanurkowałem między
ludźmi, przepychając się łokciami i nie zważając na fakt, iż wyciągnięty miecz
rani postronnych gapiów.
Kiedy
dotarłem na wysokość powozu w kolumnie, wypchnąłem się z tłumu, który teraz już
sam cofał się i robił miejsce. Dzieci płakały, ludzie krzyczeli i kotłowali się,
starając się opuścić plac, na którym się znajdowaliśmy. Jednym susem dopadłem
do metalowego pudła, w którym znajdowała się księżniczka i mój pan, a kiedy
zauważyłem że nic im nie jest, niemal nie odetchnąłem z ulgą. Wtedy właśnie coś
rzuciło mi się na plecy i przewróciło do tyłu, wykorzystując mój ciężar aby
wyskoczyć do góry, w stronę wozu. Odruchowo podniosłem dłonie i aż warknąłem z frustracji, ale udało mi się złapać postać za kostkę i razem
potoczyliśmy się po bruku. Wyrzuciłem miecz, bo była spora szansa, że
zranię nim samego siebie przy takiej szarpaninie.
Wylądowałem
na plecach, na mnie siedział napastnik. Zamachnął się pięścią i ledwo udało mi
się sparować potężny cios, który – gdyby sięgnął celu – złamałby mi nos. Wtedy spod
kaptura wysypały się włosy, a ja zauważyłem twarz. To była kobieta. Młoda
Vashiryjka, w której oczach płonął ogień.
Nie
wahałem się. Ja sam czułem żar, który rozpalił się we mnie na wskutek adrenaliny,
strachu i walki. Choć to było bluźnierstwem i moim przekleństwem, kochałem
walczyć. Palenie mięśni i ból z ran, satysfakcja na widok pokonanego
przeciwnika, z którego ulatuje życie…
Z
wrzaskiem napiąłem wszystkie mięśnie i kolanem zrzuciłem z siebie dziewczynę.
Była ode mnie lżejsza i dzięki temu, że znałem jej płeć już miałem nad nią niewielką
przewagę, czy raczej ona straciła ją nade mną. Chwilę walczyliśmy w zwarciu, ale ona miała dwa sztylety, a moja broń
leżała gdzieś dalej, pod nogami uciekającego tłumu. Rany w kilku miejscach na
ciele paliły żywym ogniem, ale moje myśli zajęte były walką i to pozwoliło mi chwilowo je zignorować na tyle, żeby były znośne.
Przez
chwilę miałem wrażenie, że mnie pokona. I ona chyba też to poczuła, bo zerknęła
przez ramię na powóz. Pewnie chciała ocenić sytuację i ponaglała się – nie
przyszła tu walczyć ze mną, chciała zabić Szlachcica lub jego nową koleżankę. Jednak ta krótka chwila zaważyła na wyniku. Rzuciłem się w jej stronę, złapałem
nadgarstek i wykręciłem go brutalnie ze stawu, po czym przebiłem jej pierś sztyletem, na rękojeści którego wciąż zaciskała palce.
Razem
upadliśmy na bruk. Dyszałem ciężko, zmęczony tą walką bardziej niż powinienem.
Nie tylko fizycznie…
Ratowałem
życie człowieka, który zabił moją ukochaną, a mnie zniewolił. Zabiłem
Vashirijkę, która chciała jedynie zemsty, jakiej ja sam pragnąłem.