poniedziałek, 3 kwietnia 2017

3.



Seth
       Chociaż nie spoczywało na nas żadne ciężkie spojrzenie szlachty, choć tu za murami miasta nie było praktycznie nikogo poza nami i kilkoma żebrakami, których nie chcieli wpuścić za mury miasta, my staliśmy bez ruchu, sztywno, cicho. Nie było miejsca na śmiechy i rozmowy, nikt z nas nie miał ochoty na zacieśnianie więzi. Choć razem i choć byli pod moimi rozkazami, każdy z nas był jednostką. Nigdy grupą.
       Dziś nie wznosił się porywisty wiatr, ale na szczęście temperatura jeszcze nie zdążyła podnieść się na tyle, żeby pot ciekł nam po plecach. Słońce przyjemnie grzało skórę, a nie paliło żywym ogniem jak to się czasem zdarzało w porach popołudniowych. Tutaj byliśmy odgrodzeni od maszyn miasta, od hałasów, krzyków i nawoływań. Czułem się niemal złączony z naturą – choć dookoła Dzikich Miast była ona bardzo wypaczonym pojęciem, bo ziemie były zryte, pola jałowe, a roślinność zdawała się unikać tego skupiska ludzkiego. Wszystko co żywe, fauna i flora, unikała miast. Mimo to, byłem tu bardziej wolny niż gdziekolwiek poza murami, właśnie w tym surowym obrazie niszczycielskiej działalności Kasandrosów i Sledrysów, z których nienawiścią nawet natura nie zdołała sobie poradzić.
       Ponieważ czułem jedność z przyrodą, od razu poczułem coś, co wyraźnie się od niej odcinało. Sztuczne. Choć powinno być martwe, w dziwny sposób żyło. Poczułem metal – tak bardzo odcinający się na tle pustynnego krajobrazu – zanim moje oczy zdołały zobaczyć na horyzoncie chociaż niewyraźny zarys pojazdu. Nie byłem w tym lepszy niż reszta Vashirów, dlatego od razu zauważyłem, że moi towarzysze prostują się jeszcze bardziej, mocniej zaciskają dłonie na rękojeściach mieczy. Żeby wyglądać porządniej, tak jakby nie zrobił tego sam strój. Dla nich i tak wszyscy wyglądamy tak samo, koledzy. Nie powiedziałem tego na głos i od razu stłumiłem ten głos w myślach. To mówiła iskra w głębi mnie, która nigdy nie powinna zapłonąć, i której najwidoczniej nie czuł żaden Vashir poza mną.
       W pewnej odległości od nas wóz się zatrzymał. Byli jednak zbyt daleko, żebym zauważył dokładnie co się tam dzieje. Dopiero później mniejszy zarys ruszył w naszą stronę. Stal. Błyszcząca w słońcu, poruszająca się wbrew wszelkim prawom natury. Mechanizm, który starał się naśladować to, czego człowiek nie powinien kopiować – doskonałość natury. Powinien budzić we mnie respekt w stosunku do zdolności Kasandrosów, a budził tylko gniew.
       Postać, która dotarła do naszej grupy eskortującej, była… Z pewnością była Szlachcianką. Ale nigdy jeszcze nie widziałem tak idealnej skóry: mlecznej, niemal białej. Cała była taka jak Oni, sztywna, trzymająca się prosto i aż emanująca dumą i pewnością siebie. Ale było też coś więcej. Była ważniejsza, była wyższa mimo niewielkiego wzrostu, była dumniejsza na stalowym wierzchowcu. I miała krwiście czerwone oczy.
       Czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
       Skłoniłem się w pół z resztą ludzi i nie podniosłem wzroku przez cały czas, kiedy mówiła. Nie mogliśmy tego zrobić – nawet ja czułem, że tej kobiecie nie wolno okazać ani odrobiny nieposłuszeństwa. I niemal namacalnie czułem podziw reszty eskorty.
       – Tak jest, pani. Oczywiście – odpowiedziałem głosem na wpół służalczym, na wpół donośnym, żeby mnie usłyszała. Taka mieszanka była idealna dla Szlachcica Justala, ale czy wystarczy dla kogoś takiego jak ona?
       Nawet się nie zatrzymała, po prostu przejechała obok nas na marnej kpinie z prawdziwego ogiera, w którego żyłach krąży gorąca krew, a nie olej napędowy czy smar. Warknięciem pogoniłem resztę warty, którzy wciąż jeszcze się nisko kłaniali. Dogoniliśmy ją i ustawiliśmy się w szyku, ja bezpośrednio po jej prawej stronie, ponieważ miecz dzierżyłem w prawej dłoni, a nie mogłem pozwolić nawet na chwilę zawahania w razie konieczności sięgnięcia po niego. Osobę po mojej prawej – mojego własnego człowieka – mogłem przypadkiem ranić. Za skierowanie broni w stronę Kasandrosa czekała mnie śmierć na miejscu. Pilnowałem też, żeby nie wyprzedzić jej nawet o cal i tylko kątem oka zezowałem na machnę, na której siedziała.
       Nie śmiałem zapytać, jak mam się do niej zwracać, nikt też nie raczył mnie o tym poinformować, wobec tego postanowiłem używać wyłącznie tytułów, jakimi zadowalali się Szlachcice. Jeśli była… księżniczką, jak mówili, czy to nie było za mało? Zacisnąłem zęby i nie powiedziałem ani słowa. Ktoś taki jak ja nie może zabawiać księżniczki rozmową.
       Minęliśmy bramy i nikt nawet nas nie zaczepił. Ludzie tylko patrzyli na kobietę i sami uciekali nam z drogi, jakby bali się znaleźć w nieodpowiednim miejscu, pod kopytami tego stalowego stworzenia. Jedynym, co było dla mnie szokiem, to fakt iż usuwali się nawet Seldrysi i pomniejsi Kasandrosi właśnie odwiedzający nasze Dzikie Miasto. Czułem, że robi mi się niedobrze od odpowiedzialności.