Amarantha
W miarę dyskretnie rozglądałam się na boki. Już od samego początku musiałam wszystko dokładnie ocenić. Doskonale wiedziałam, że para królewska nie będzie czekała na mój odzew. To oni sami wybiorą sobie odpowiedni moment, bowiem to oni rządzili i podejmowali większość decyzji, nie ja.
Im dalej w miasto tym docierało do mnie więcej bodźców. Różnice temperatur, otoczenia, nawet zapachy były zdecydowanie inne. Czułam się tylko przez to rozdrażniona, bowiem nie lubiłam aż takich zmian. Nie mogłam się jednak poskarżyć nikomu na to co czuję, bowiem ja nie powinnam w ogóle czegokolwiek odczuwać.
Drgnęłam niezadowolona kiedy oddział mego narzeczonego ustawili się tak, że niemal z każdej strony ktoś był. Całe ciało spięło mi się a ja zagryzłam wnętrze polików. Na wszystko co święte, nienawidziłam w sobie tych wszystkich reakcji, odruchów. To tylko pokazywało jak bardzo byłam wadliwa, daleka od ideałów. Przez myśl nawet nie mogło przejść mi, co by mi uczynili gdyby prawda wyszła na jaw. Mając te drobny mechanizm w mózgu słyszeli większość mych myśli. Mogłam ich zablokować, zadbać o własną prywatność jak należy, ale czy to nie wzbudziło by większych podejrzeń wśród nich? Nagle od tak się odcinać jakbym miała swoje sekrety? To było nie do pomyślenia. Oni musieli dokładnie wiedzieć co robię. Oni musieli wiedzieć wszystko.
Mijaliśmy kolejne osoby, które uciekały nam z drogi. Bylebym tylko nie zwróciła na nich uwagi, byleby nie wejść mi w drogę. Widziałam to po ich twarzach. Przynajmniej mieli na tyle rozumu by zachować się odpowiednio... Może aż takimi głupcami nie byli a w głowie chociaż odrobina instynktu samozachowawczego im została?
W pewnej chwili na drogę wbiegł jakiś dzieciak. Małe, brzydkie ... niedorozwinięte ... Musiało chyba się bawić z innymi bowiem ze śmiechem wparowało idealnie pod me zwierzę. Oczywiście musiałam zareagować dosyć szybko bowiem całość nie zakończyłaby się za dobrze. W miarę sprawnie zatrzymałam zwierza wysyłając odpowiedni sygnał. Przerywanie jednak naszej podróży do celu zdecydowanie mi się nie spodobało. Oczywiście dziecko wystraszone wielkim mechanicznym zwierzęciem zaczęło zaraz płakać a ja skrzywiłam się okropnie i zasłoniłam sobie uszy.
- Co za irytujące stworzenia, dobrze, że u nas nie musimy tego znosić. - mruknęłam cicho pod nosem chociaż swój wzrok miałam utkwiony teraz w przyczynie drobnego zamieszania. Zaraz jego matka się pojawiła, widząc jednak z kim miała teraz do czynienia szybko złapała dziecko i zaczęła przepraszać.
- Na przyszłość radzę uważać, lub trzymać na odpowiednim wybiegu to - rzekłam do kobiety a potem ponownie ruszyłam swego zwierza. Nie miałam zamiaru dłużej marnować tutaj czasu na jakiegoś Sledrysa. Jeśli nie potrafiła swojego potomka upilnować, to już problem był jej. Miała szczęście, że nie zależy mi póki co na sporach. W każdym innym wypadku nie wstrzymałabym maszyny.
Coraz bliżej celu. O dziwo przy wejściu do posiadłości stał właściciel. No proszę, raczyłeś się pojawić? Chociaż tyle. Powoli i bez pośpiechu zbliżaliśmy się do nas i ... on w przeciwieństwie do reszty otwarcie na mnie patrzył. Nie skrywał się nawet z tym, nie zezował, nie skłonił głowy, nic. Myślał, że skoro był właścicielem Dzikiego Miasta, jak i mym narzeczonym, on mógł więcej. Był w grubym błędzie. Ja zaś niemal po cichu liczyłam, by popełnił błąd. Pragnęłam, by się potknął, wtedy z pełną satysfakcją sprowadziłabym go do pionu na oczach jego wojowników, służby ...
Zatrzymałam zwierzę, jednak nie czekałam aż ktoś pomoże mi zejść. Dotyk swej służby byłam w stanie znieść, nikomu jednak innemu nie miałam zamiaru na to pozwolić. Skupiłam się na maszynie a ta zaczęła się obniżać coraz bardziej i bardziej, aż w końcu mogłam swobodnie zejść. Chwilę później koń zaczął drgać i się zmniejszać. Wszystko składało się tak, by na końcu została tylko mała paczuszka. Magia. W dodatku jak poręczne to było. Zwykłe zwierzęta w naszym świecie nie żyły, chyba, że te przeznaczone do posiłków, ale i one były specjalnie hodowane, karmione i obrabiane na koniec aby móc je przerobić na jakikolwiek posiłek.
Nie zwracając uwagi na tych dzikusów ruszyłam schodami w stronę mężczyzny. Dalej wpatrywał się we mnie z taką intensywnością, jakby nie mógł uwierzyć. Czy byłam za mała według niego? Czy odbiegałam od jego wyobrażeń? Może powód był jeszcze inny? Wiedziałam jednak jedno, on zdecydowanie liczył, że może pozwolić sobie na jakiś kontakt fizyczny. Widziałam to po jego twarzy, bowiem zbliżał do mnie coraz bardziej i bardziej. Moja przestrzeń osobista zdecydowanie po raz k o l e j n y została naruszona. Tego było za wiele.
Postąpiłam krok w tył, ignorując jego słowa. Nikt nie powiedział, że muszę być kochana, czuła. Miałam tutaj być i nie zabić nikogo bez wiedzy jednostek rodzicielskich.
- Narusz jeszcze raz tak moją przestrzeń osobistą a na zwykłym ostrzeżeniu się nie skończy - na potwierdzenie mych słów bransoletka niczym mechaniczny wąż zasyczała wijąc się wokół mych nadgarstków. Tak, z pewnością moja pewność siebie, swych umiejętności jak nietykalności była olbrzymia.
- Dobrze minęła. Szybko i sprawnie, tak jak powinna - dopiero teraz mu odpowiedziałam na pytanie. Zdecydowanie pokazywałam, kim jestem i jak wiele mogę, a uwierzcie mi, ja naprawdę wiele mogę.
W miarę dyskretnie rozglądałam się na boki. Już od samego początku musiałam wszystko dokładnie ocenić. Doskonale wiedziałam, że para królewska nie będzie czekała na mój odzew. To oni sami wybiorą sobie odpowiedni moment, bowiem to oni rządzili i podejmowali większość decyzji, nie ja.
Im dalej w miasto tym docierało do mnie więcej bodźców. Różnice temperatur, otoczenia, nawet zapachy były zdecydowanie inne. Czułam się tylko przez to rozdrażniona, bowiem nie lubiłam aż takich zmian. Nie mogłam się jednak poskarżyć nikomu na to co czuję, bowiem ja nie powinnam w ogóle czegokolwiek odczuwać.
Drgnęłam niezadowolona kiedy oddział mego narzeczonego ustawili się tak, że niemal z każdej strony ktoś był. Całe ciało spięło mi się a ja zagryzłam wnętrze polików. Na wszystko co święte, nienawidziłam w sobie tych wszystkich reakcji, odruchów. To tylko pokazywało jak bardzo byłam wadliwa, daleka od ideałów. Przez myśl nawet nie mogło przejść mi, co by mi uczynili gdyby prawda wyszła na jaw. Mając te drobny mechanizm w mózgu słyszeli większość mych myśli. Mogłam ich zablokować, zadbać o własną prywatność jak należy, ale czy to nie wzbudziło by większych podejrzeń wśród nich? Nagle od tak się odcinać jakbym miała swoje sekrety? To było nie do pomyślenia. Oni musieli dokładnie wiedzieć co robię. Oni musieli wiedzieć wszystko.
Mijaliśmy kolejne osoby, które uciekały nam z drogi. Bylebym tylko nie zwróciła na nich uwagi, byleby nie wejść mi w drogę. Widziałam to po ich twarzach. Przynajmniej mieli na tyle rozumu by zachować się odpowiednio... Może aż takimi głupcami nie byli a w głowie chociaż odrobina instynktu samozachowawczego im została?
W pewnej chwili na drogę wbiegł jakiś dzieciak. Małe, brzydkie ... niedorozwinięte ... Musiało chyba się bawić z innymi bowiem ze śmiechem wparowało idealnie pod me zwierzę. Oczywiście musiałam zareagować dosyć szybko bowiem całość nie zakończyłaby się za dobrze. W miarę sprawnie zatrzymałam zwierza wysyłając odpowiedni sygnał. Przerywanie jednak naszej podróży do celu zdecydowanie mi się nie spodobało. Oczywiście dziecko wystraszone wielkim mechanicznym zwierzęciem zaczęło zaraz płakać a ja skrzywiłam się okropnie i zasłoniłam sobie uszy.
- Co za irytujące stworzenia, dobrze, że u nas nie musimy tego znosić. - mruknęłam cicho pod nosem chociaż swój wzrok miałam utkwiony teraz w przyczynie drobnego zamieszania. Zaraz jego matka się pojawiła, widząc jednak z kim miała teraz do czynienia szybko złapała dziecko i zaczęła przepraszać.
- Na przyszłość radzę uważać, lub trzymać na odpowiednim wybiegu to - rzekłam do kobiety a potem ponownie ruszyłam swego zwierza. Nie miałam zamiaru dłużej marnować tutaj czasu na jakiegoś Sledrysa. Jeśli nie potrafiła swojego potomka upilnować, to już problem był jej. Miała szczęście, że nie zależy mi póki co na sporach. W każdym innym wypadku nie wstrzymałabym maszyny.
Coraz bliżej celu. O dziwo przy wejściu do posiadłości stał właściciel. No proszę, raczyłeś się pojawić? Chociaż tyle. Powoli i bez pośpiechu zbliżaliśmy się do nas i ... on w przeciwieństwie do reszty otwarcie na mnie patrzył. Nie skrywał się nawet z tym, nie zezował, nie skłonił głowy, nic. Myślał, że skoro był właścicielem Dzikiego Miasta, jak i mym narzeczonym, on mógł więcej. Był w grubym błędzie. Ja zaś niemal po cichu liczyłam, by popełnił błąd. Pragnęłam, by się potknął, wtedy z pełną satysfakcją sprowadziłabym go do pionu na oczach jego wojowników, służby ...
Zatrzymałam zwierzę, jednak nie czekałam aż ktoś pomoże mi zejść. Dotyk swej służby byłam w stanie znieść, nikomu jednak innemu nie miałam zamiaru na to pozwolić. Skupiłam się na maszynie a ta zaczęła się obniżać coraz bardziej i bardziej, aż w końcu mogłam swobodnie zejść. Chwilę później koń zaczął drgać i się zmniejszać. Wszystko składało się tak, by na końcu została tylko mała paczuszka. Magia. W dodatku jak poręczne to było. Zwykłe zwierzęta w naszym świecie nie żyły, chyba, że te przeznaczone do posiłków, ale i one były specjalnie hodowane, karmione i obrabiane na koniec aby móc je przerobić na jakikolwiek posiłek.
Nie zwracając uwagi na tych dzikusów ruszyłam schodami w stronę mężczyzny. Dalej wpatrywał się we mnie z taką intensywnością, jakby nie mógł uwierzyć. Czy byłam za mała według niego? Czy odbiegałam od jego wyobrażeń? Może powód był jeszcze inny? Wiedziałam jednak jedno, on zdecydowanie liczył, że może pozwolić sobie na jakiś kontakt fizyczny. Widziałam to po jego twarzy, bowiem zbliżał do mnie coraz bardziej i bardziej. Moja przestrzeń osobista zdecydowanie po raz k o l e j n y została naruszona. Tego było za wiele.
Postąpiłam krok w tył, ignorując jego słowa. Nikt nie powiedział, że muszę być kochana, czuła. Miałam tutaj być i nie zabić nikogo bez wiedzy jednostek rodzicielskich.
- Narusz jeszcze raz tak moją przestrzeń osobistą a na zwykłym ostrzeżeniu się nie skończy - na potwierdzenie mych słów bransoletka niczym mechaniczny wąż zasyczała wijąc się wokół mych nadgarstków. Tak, z pewnością moja pewność siebie, swych umiejętności jak nietykalności była olbrzymia.
- Dobrze minęła. Szybko i sprawnie, tak jak powinna - dopiero teraz mu odpowiedziałam na pytanie. Zdecydowanie pokazywałam, kim jestem i jak wiele mogę, a uwierzcie mi, ja naprawdę wiele mogę.