poniedziałek, 3 kwietnia 2017

5.



Seth
                Pomimo ciążącego mi coraz bardziej złego przeczucia oraz brzemienia odpowiedzialności, wciąż bez słowa szedłem szybkim, równym krokiem przed siebie. Starałem się mieć ocz dookoła głowy, ale było to bardzo trudne w przypadku gdy rozpraszało mnie tak wiele rzeczy dookoła. Głównie nabożna cześć w oczach ważnych obywateli miasta i strach w tych pomniejszych Seldrysów.
                Dlatego nie powstrzymałem dzieciaka zanim władował się prosto pod zabójcze, stalowe kopyta. To nie było Vashirijskie dziecko – można było poznać od razu po śmiechu, ale oczywiście głównie po kolorze skóry – ale żachnąłem się mimo to. Wyciągnąłem dłoń, nie zdążyłem jednak nic zrobić. Księżniczka była ode mnie szybsza. Właściwie była pewnie najszybszą osobą, która władała metalem jaką kiedykolwiek widziałem. Jakby jej mózg i myśli były połączone z tą stertą zimnego złomu.
                Wyprostowałem się z powrotem i nie wtrącałem się w rozmowę mojej nowej pani. Po pierwsze, nie mógł mnie obchodzić los kogoś, kto nie był jednym z nas. Po drugie, podwoiłem czujność i teraz już niemal bez mrugnięcia skanowałem spojrzeniem zebrany dookoła tłum gapiów.
                Reszta drogi minęła na szczęście bez wypadków, poza tym od pałacu dzieliło nas już tylko kilka minut szybkiego marszu. Tam czekała na mnie piękna scena i dla niej choćby jednej warto było dzisiaj podnieść się z łóżka zakutym w ciężkie kajdany Kontraktu, których nigdy nie zdołam zerwać. Ledwo stłumiłem uśmiech, a może i nawet zabłąkał się na mojej twarzy na dźwięk słów kobiety. Takie ugodzenie w jego godność na jego terenie i to od kobiety, właściwie dziewczyny, to się chyba jeszcze nie zdarzyło. Mina Szlachcica była naprawdę piękna i godna zapamiętania – skrzywił się jak dziecko, któremu zabrano lizaka zanim zdążył choć raz go polizać.
Początkowo miałem nadzieję odstawić wysoko urodzonego gościa mojego pana, po czym zejść mu z oczu. Zawsze, kiedy służyłem za eskortę kogoś takiego, Justal liczył na to, że nie będę mu się kręcić pod nogami ze swoją bronią, że zniknę jak najszybciej. Taka była niepisana umowa i dlatego wielkie było moje zdziwienie, kiedy Szlachcic przeniósł na mnie spojrzenie. Nie obok mnie i nie przypadkiem w moją stronę, nauczyłem się to już rozpoznawać. Spojrzał prosto na mnie.
– Wspaniale, wspaniale… – powtarzał jak zakłopotany nastolatek, starając się wykręcić z wrażenia, że to jego nowy gość rządzi nad nim a nie na odwrót. Na oczach nisko urodzonych Seldrysów i służby. – Chciałem ci przede wszystkim kogoś przedstawić – powiedział nieco głośniej, po czym wyciągnął dłoń w moją stronę. Z jego twarzy zniknęło wcześniejsze zmieszanie i zdziwienie, a zastąpiła je niemal duma. Duma, z którą szczyci się przez posiadanie drogiego sprzętu lub niezwykłego mebla. Ale nie człowieka.
A przecież byłem człowiekiem i od Justala odróżniał mnie tylko kolor skóry. Mimo tej myśli, skłoniłem głowę, jak nakazywał zwyczaj, gdy zwracał się do mnie mój pan.
– To prezent ode mnie, najdroższa. Pierwszy, na dobry początek. Ten Vashirijczyk jest moim najlepszym wojownikiem… Poza tym, podpisał Kontrakt – tu zawiesił głos, jakby właśnie przekazał światu swój najcenniejszy sekret. Uśmiechnął się dwuznacznie, znów tracąc zainteresowanie moją osobą i zerkając na księżniczkę o krwistych oczach.
Czułem, jak w moich żyłach gotuje się wściekłość i nienawiść do tego człowieka. Nie za to, że traktuje mnie jak rzecz; w końcu byłem nią dla lepszych ras. Lecz za to, że szczycił się w posiadania Vashirijczyka na Kontrakcie. Ta hańba, niewola gorsza od każdego innego rodzaju… To powodowało, że budziła się we mnie ta część, która powinna pozostać uśpiona na zawsze. Natychmiast starałem się opanować. Wypuściłem całe powietrze z płuc i przez chwilę stałem bez tchu z nisko skłonioną głową i oczami wbitymi w ziemię metr od swoich stóp. Pomogło na tyle, żeby po podniesieniu przeze mnie głowy nie dało się odczytać z mojej twarzy wcześniejszego wzburzenia.
Nie potrafię powiedzieć, ile wiedzą o Kontrakcie wysoko urodzeni Kasandrosi, zwłaszcza ci, którzy wychowali się w stolicy, daleko od prawdziwego świata. Śmiem jednak twierdzić, że niewiele – Vashirijczycy urodzeni pod legendarną kopułą byli jeszcze innym rodzajem sług niż ci tutaj, w Dzikich Miastach. Przynajmniej według tych opowieści, które powtarzali najstarsi z nas.
– Wiesz, będzie cię strzegł za cenę swojego życia – usłyszałem jeszcze asekuracyjne wytłumaczenie Justala. Najwidoczniej nie chciał sprawić wrażenia, że wie więcej niż księżniczka, która stała wysoko ponad nim w ich pokrętnej hierarchii.