Seth
Pomimo
ciążącego mi coraz bardziej złego przeczucia oraz brzemienia odpowiedzialności,
wciąż bez słowa szedłem szybkim, równym krokiem przed siebie. Starałem się mieć
ocz dookoła głowy, ale było to bardzo trudne w przypadku gdy rozpraszało mnie
tak wiele rzeczy dookoła. Głównie nabożna cześć w oczach ważnych obywateli
miasta i strach w tych pomniejszych Seldrysów.
Dlatego
nie powstrzymałem dzieciaka zanim władował się prosto pod zabójcze, stalowe
kopyta. To nie było Vashirijskie dziecko – można było poznać od razu po
śmiechu, ale oczywiście głównie po kolorze skóry – ale żachnąłem się mimo to.
Wyciągnąłem dłoń, nie zdążyłem jednak nic zrobić. Księżniczka była ode mnie
szybsza. Właściwie była pewnie najszybszą osobą, która władała metalem jaką
kiedykolwiek widziałem. Jakby jej mózg i myśli były połączone z tą stertą
zimnego złomu.
Wyprostowałem
się z powrotem i nie wtrącałem się w rozmowę mojej nowej pani. Po pierwsze, nie
mógł mnie obchodzić los kogoś, kto nie był jednym z nas. Po drugie, podwoiłem
czujność i teraz już niemal bez mrugnięcia skanowałem spojrzeniem zebrany
dookoła tłum gapiów.
Reszta
drogi minęła na szczęście bez wypadków, poza tym od pałacu dzieliło nas już
tylko kilka minut szybkiego marszu. Tam czekała na mnie piękna scena i dla niej
choćby jednej warto było dzisiaj podnieść się z łóżka zakutym w ciężkie kajdany
Kontraktu, których nigdy nie zdołam zerwać. Ledwo stłumiłem uśmiech, a może i
nawet zabłąkał się na mojej twarzy na dźwięk słów kobiety. Takie ugodzenie w
jego godność na jego terenie i to od kobiety, właściwie dziewczyny, to się
chyba jeszcze nie zdarzyło. Mina Szlachcica była naprawdę piękna i godna
zapamiętania – skrzywił się jak dziecko, któremu zabrano lizaka zanim zdążył
choć raz go polizać.
Początkowo miałem nadzieję
odstawić wysoko urodzonego gościa mojego pana, po czym zejść mu z oczu. Zawsze,
kiedy służyłem za eskortę kogoś takiego, Justal liczył na to, że nie będę mu
się kręcić pod nogami ze swoją bronią, że zniknę jak najszybciej. Taka była
niepisana umowa i dlatego wielkie było moje zdziwienie, kiedy Szlachcic
przeniósł na mnie spojrzenie. Nie obok mnie i nie przypadkiem w moją stronę,
nauczyłem się to już rozpoznawać. Spojrzał prosto na mnie.
– Wspaniale, wspaniale… –
powtarzał jak zakłopotany nastolatek, starając się wykręcić z wrażenia, że to
jego nowy gość rządzi nad nim a nie na odwrót. Na oczach nisko urodzonych
Seldrysów i służby. – Chciałem ci przede wszystkim kogoś przedstawić –
powiedział nieco głośniej, po czym wyciągnął dłoń w moją stronę. Z jego twarzy zniknęło
wcześniejsze zmieszanie i zdziwienie, a zastąpiła je niemal duma. Duma, z którą
szczyci się przez posiadanie drogiego sprzętu lub niezwykłego mebla. Ale nie
człowieka.
A przecież byłem człowiekiem i od
Justala odróżniał mnie tylko kolor skóry. Mimo tej myśli, skłoniłem głowę, jak
nakazywał zwyczaj, gdy zwracał się do mnie mój pan.
– To prezent ode mnie,
najdroższa. Pierwszy, na dobry początek. Ten Vashirijczyk jest moim najlepszym
wojownikiem… Poza tym, podpisał Kontrakt – tu zawiesił głos, jakby właśnie
przekazał światu swój najcenniejszy sekret. Uśmiechnął się dwuznacznie, znów tracąc
zainteresowanie moją osobą i zerkając na księżniczkę o krwistych oczach.
Czułem, jak w moich żyłach gotuje
się wściekłość i nienawiść do tego człowieka. Nie za to, że traktuje mnie jak
rzecz; w końcu byłem nią dla lepszych ras. Lecz za to, że szczycił się w
posiadania Vashirijczyka na Kontrakcie. Ta hańba, niewola gorsza od każdego
innego rodzaju… To powodowało, że budziła się we mnie ta część, która powinna pozostać
uśpiona na zawsze. Natychmiast starałem się opanować. Wypuściłem całe powietrze
z płuc i przez chwilę stałem bez tchu z nisko skłonioną głową i oczami wbitymi
w ziemię metr od swoich stóp. Pomogło na tyle, żeby po podniesieniu przeze mnie
głowy nie dało się odczytać z mojej twarzy wcześniejszego wzburzenia.
Nie potrafię powiedzieć, ile
wiedzą o Kontrakcie wysoko urodzeni Kasandrosi, zwłaszcza ci, którzy wychowali
się w stolicy, daleko od prawdziwego świata. Śmiem jednak twierdzić, że
niewiele – Vashirijczycy urodzeni pod legendarną kopułą byli jeszcze innym
rodzajem sług niż ci tutaj, w Dzikich Miastach. Przynajmniej według tych
opowieści, które powtarzali najstarsi z nas.
– Wiesz, będzie cię strzegł
za cenę swojego życia – usłyszałem jeszcze asekuracyjne wytłumaczenie Justala.
Najwidoczniej nie chciał sprawić wrażenia, że wie więcej niż księżniczka, która
stała wysoko ponad nim w ich pokrętnej hierarchii.