wtorek, 4 kwietnia 2017

9.



Seth
                Póki co mogłem liczyć na odroczenie kary za zdradzenie tej informacji i poniekąd za sprzeciwienie się woli pana – choć niewypowiedzenie rozkazu spowodowało, że formalnie rzecz biorąc mogłem to powiedzieć. Mimo to kara mnie nie ominie. Za upokorzenie Szlachcica zwykle płaciło się życiem, lecz w tym wypadku moje posunięcie było czysto taktyczne. Nie mógł pozbyć się czegoś, co ofiarował swojej przyszłej żonie i najwidoczniej osobie tak wpływowej, że starał się przed nią wypaść jak najlepiej. Usunięcie mnie teraz mogłoby tylko wzbudzić jej podejrzenia. Byłem chroniony, przynajmniej na tą chwilę.
                Poza tym Justal w jakiś pokrętny, niezrozumiały dla mnie sposób mnie lubił. Co prawda w sposób, w jaki lubi się najlepszego, najdroższego ogara, nie człowieka. A jednak darzył mnie niespotykaną u wysoko postawionych Kasandrosów sympatią, zapewne dzięki temu jak bardzo mnie nie znał i jak kiepsko mnie rozumiał. Gdyby wiedział, jaką odrazą go darzę i jak bardzo nienawidzę każdej cząstki jego istnienia… Nawet moje specjalne zdolności w walce oraz wielka przydatność pod względem bojowym nie uratowałyby mojej skóry.
                Byłem bowiem bronią obosieczną.
                Z tych myśli – choć trwało to zaledwie kilka sekund – wyrwało mnie ponowne zwrócenie się w moją stronę mojej nowej „pani”. Dwa razy w ciągu pięciu minut, cóż to za wyróżnienie? Czy to mój szczęśliwy dzień?
                Odepchnąłem od siebie tą ironię wraz z głębokim ukłonem. Stałem w miejscu bez ruchu do momentu, w którym ta dwójka wraz z całą świtą służących, dam dworu, skrybów i innych wysoko urodzonych Kasandrosów zniknęli w pałacu. Wtedy dopiero rozluźniłem mięśnie i zwróciłem uwagę na to, jak mocno były do tej chwili spięte.
                Wyglądało na to, że dzisiaj wyjątkowo nie będę miał nic do roboty. Chociaż księżniczka dała mi wolne, nie była jeszcze moją panią i ważniejsze oraz bardziej wiążące było dla mnie zdanie Justala – jednak ten nie wydał żadnego polecenia. Ba, całkowicie mnie zignorował, jak to miewał w zwyczaju przy ważniejszych spotkaniach. Reszta eskorty rozeszła się już na boki, każdy w swoim kierunku, nie czekając na moje pozwolenie. Westchnąłem z irytacją, nic jednak nie mogłem poradzić. Dlaczego miałbym nimi rządzić? Mimo mojego nieco wyższego stanowiska byliśmy na równi, pod rządami silniejszych od nas. I byliśmy na dnie.
                Z braku lepszego zajęcia udałem się na tyły wielkiej posiadłości Szlachcica, gdzie znajdowała się piaszczysta arena do walk. Niewiele ludzi z niej korzystało, bowiem była sporo oddalona od zamku, trochę zapuszczona i zdecydowanie niemodna. Kasandrosi, którzy szkolili się w walce mieli swoje własne, luksusowo urządzone pomieszczenia, gdzie nie byli wystawieni na warunki atmosferyczne i mogli wygodnie ćwiczyć. Ja wolałem to miejsce z kilku powodów. Po pierwsze, byłem sam i mogłem w spokoju pogrążyć się w kolejnych ćwiczeniach lub zwykłych rozmyślaniach. Po drugie, nauka walki w warunkach, które są ściśle kontrolowane i nigdy nie wystąpią w prawdziwej bitwie była dla mnie zwykłą głupotą i podkładaniem się wrogowi, odejmowaniem sobie szans jeszcze przed początkiem walki.
                Najpierw zdjąłem płaszcz. Było ciepło, a ja nie mogłem pozwolić sobie na zniszczenie czy przepocenie ubrania, które dopiero co otrzymałem. W przeciwieństwie do wysoko urodzonych miałem szacunek do przedmiotów – w końcu sam byłem tylko rzeczą. Następnie zrobiłem kilka okrążeń wokół areny szybkim truchtem i zacząłem ćwiczyć pchnięcia.
                Ale miecz dzisiaj nie chciał mnie słuchać, stopy były dziwnie ciężkie, myśli rozbiegane, a umysłu nie dało się oczyścić. Dlatego szybko się poddałem i po prostu usiadłem na piasku w cieniu pod drzewem, opierając się plecami o pień. Odchyliłem głowę do tyłu i przymknąłem oczy. Połączyłem się z wiatrem, poczułem siłę pulsującą w ziemi, gęstą siatkę żył mocy. Byłem jednym z otaczającym mnie skrawkiem natury. Zapadłem się w jasność mimo przymkniętych powiek.
                – Ktarrhsavaldar! – Usłyszałem syk z tyłu głowy.
Dotknięcie ramienia, choć delikatne, zapiekło żywym ogniem. Gwałtownie otworzyłem oczy i zerwałem się na nogi, natychmiast tego żałując. Światło słoneczne całkowicie mnie oślepiło, szybkie podniesienie się po odpłynięciu do świata źródeł spowodowało, że zakręciło mi się w głowie i pociągnęło do nudności. Kolana mi zadrżały, gdy jak głupi, ślepy kot rozglądałem się bezradnie na boki, starając się utrzymać postawę ochronną mimo rąk ważących teraz po dwadzieścia kilogramów więcej. Dopiero po kilkunastu sekundach zacząłem widzieć i moje mięśnie znów zaczęły jakoś pracować. Zauważyłem naprzeciwko siebie Vashirijkę z rękami skrzyżowanymi na piersi i dezaprobatą wymalowaną na twarzy. Wiedziałem, że bezgłośnie mówiła: „Po co zanurzasz się w mocy?”.
– Co się stało? – zapytałem ochrypłym głosem.
– Lord Justal cię wzywa. Natychmiast – podkreśliła ostatnie słowo, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w drogę powrotną do pałacu.
Nie zwlekając więcej – Justal nienawidził czekać, zwłaszcza na służbę – złapałem tylko płaszcz i miecz, po czym ruszyłem szybkim krokiem za nią, starając się odegnać resztki słabości. Szybko pokonaliśmy dzielącą nas odległość i już kilka minut później stałem przed Szlachcicem. Był sam. To znaczy, oczywiście nie całkiem sam, jak zwykle otaczała go zgraja skrybów i służek. Ale nie było księżniczki.
– Wzywałeś mnie, panie – odezwałem się wraz z ukłonem. Nie śmiałem pytać, to było stwierdzenie. Szlachcic nie lubił półgłówków, a jeszcze mniej bezsensowne pytania.
– Księżniczka Amarantha nie podpisała Kontraktu – zaczął bez ogródek, nie podnosząc na mnie spojrzenia znad papierzysk piętrzących się na biurku, przy którym siedział. – Musi to zrobić przy tobie, wiesz na pewno. Dopóki tego nie zrobi, masz udawać jej wiernego służącego tak, jakby podpisała papier. Zapamiętuj wszystko co zrobi i wszystko co powie, idź za nią wszędzie, nawet jeśli nie będzie sobie tego życzyć. Zdradź jej lojalność jeśli będzie sprzeczna z lojalnością mnie. Idź teraz i przekaż jej, że dzisiaj wieczorem wybieramy się na objazd miasta – mówił to wszystko bardzo szybko i rzeczowo, bez grama emocji. – Aha, jeszcze jedno. Ani słowem nie wspominaj jej o tej rozmowie – rzucił tonem wskazującym, że to już wszystko.
Zrozumiałem i również bez komentarzy wycofałem się z komnaty. Zostałem skazany… Za wcześniejsze upokorzenie? To kara gorsza niż śmierć. Jeśli księżniczka mnie przyłapie, może czekać mnie coś gorszego niż całe zło, jakie potrafię sobie wyobrazić.
Z tymi myślami udałem się do komnat, które wskazał mi lokaj przechodzący korytarzem. Do tych, które zajmowała moja nowa „pani”. Gdy tam trafiłem, zapukałem cicho do drzwi. Mam wiadomość do przekazania.