Seth
Póki
co mogłem liczyć na odroczenie kary za zdradzenie tej informacji i poniekąd za
sprzeciwienie się woli pana – choć niewypowiedzenie rozkazu spowodowało, że
formalnie rzecz biorąc mogłem to powiedzieć. Mimo to kara mnie nie ominie. Za upokorzenie
Szlachcica zwykle płaciło się życiem, lecz w tym wypadku moje posunięcie było
czysto taktyczne. Nie mógł pozbyć się czegoś,
co ofiarował swojej przyszłej żonie i najwidoczniej osobie tak wpływowej, że
starał się przed nią wypaść jak najlepiej. Usunięcie mnie teraz mogłoby tylko
wzbudzić jej podejrzenia. Byłem chroniony, przynajmniej na tą chwilę.
Poza
tym Justal w jakiś pokrętny, niezrozumiały dla mnie sposób mnie lubił. Co
prawda w sposób, w jaki lubi się najlepszego, najdroższego ogara, nie
człowieka. A jednak darzył mnie niespotykaną u wysoko postawionych Kasandrosów sympatią,
zapewne dzięki temu jak bardzo mnie nie znał i jak kiepsko mnie rozumiał. Gdyby
wiedział, jaką odrazą go darzę i jak bardzo nienawidzę każdej cząstki jego
istnienia… Nawet moje specjalne zdolności w walce oraz wielka przydatność pod
względem bojowym nie uratowałyby mojej skóry.
Byłem
bowiem bronią obosieczną.
Z
tych myśli – choć trwało to zaledwie kilka sekund – wyrwało mnie ponowne
zwrócenie się w moją stronę mojej nowej „pani”. Dwa razy w ciągu pięciu minut,
cóż to za wyróżnienie? Czy to mój szczęśliwy dzień?
Odepchnąłem
od siebie tą ironię wraz z głębokim ukłonem. Stałem w miejscu bez ruchu do
momentu, w którym ta dwójka wraz z całą świtą służących, dam dworu, skrybów i
innych wysoko urodzonych Kasandrosów zniknęli w pałacu. Wtedy dopiero
rozluźniłem mięśnie i zwróciłem uwagę na to, jak mocno były do tej chwili
spięte.
Wyglądało
na to, że dzisiaj wyjątkowo nie będę miał nic do roboty. Chociaż księżniczka dała
mi wolne, nie była jeszcze moją panią i ważniejsze oraz bardziej wiążące było
dla mnie zdanie Justala – jednak ten nie wydał żadnego polecenia. Ba,
całkowicie mnie zignorował, jak to miewał w zwyczaju przy ważniejszych
spotkaniach. Reszta eskorty rozeszła się już na boki, każdy w swoim kierunku,
nie czekając na moje pozwolenie. Westchnąłem z irytacją, nic jednak nie mogłem
poradzić. Dlaczego miałbym nimi rządzić? Mimo mojego nieco wyższego stanowiska
byliśmy na równi, pod rządami silniejszych od nas. I byliśmy na dnie.
Z
braku lepszego zajęcia udałem się na tyły wielkiej posiadłości Szlachcica,
gdzie znajdowała się piaszczysta arena do walk. Niewiele ludzi z niej
korzystało, bowiem była sporo oddalona od zamku, trochę zapuszczona i
zdecydowanie niemodna. Kasandrosi, którzy szkolili się w walce mieli swoje
własne, luksusowo urządzone pomieszczenia, gdzie nie byli wystawieni na warunki
atmosferyczne i mogli wygodnie ćwiczyć. Ja wolałem to miejsce z kilku powodów.
Po pierwsze, byłem sam i mogłem w spokoju pogrążyć się w kolejnych ćwiczeniach
lub zwykłych rozmyślaniach. Po drugie, nauka walki w warunkach, które są ściśle
kontrolowane i nigdy nie wystąpią w prawdziwej bitwie była dla mnie zwykłą głupotą
i podkładaniem się wrogowi, odejmowaniem sobie szans jeszcze przed początkiem
walki.
Najpierw
zdjąłem płaszcz. Było ciepło, a ja nie mogłem pozwolić sobie na zniszczenie czy
przepocenie ubrania, które dopiero co otrzymałem. W przeciwieństwie do wysoko
urodzonych miałem szacunek do przedmiotów – w końcu sam byłem tylko rzeczą.
Następnie zrobiłem kilka okrążeń wokół areny szybkim truchtem i zacząłem
ćwiczyć pchnięcia.
Ale
miecz dzisiaj nie chciał mnie słuchać, stopy były dziwnie ciężkie, myśli
rozbiegane, a umysłu nie dało się oczyścić. Dlatego szybko się poddałem i po
prostu usiadłem na piasku w cieniu pod drzewem, opierając się plecami o pień.
Odchyliłem głowę do tyłu i przymknąłem oczy. Połączyłem się z wiatrem, poczułem
siłę pulsującą w ziemi, gęstą siatkę żył mocy. Byłem jednym z otaczającym mnie
skrawkiem natury. Zapadłem się w jasność mimo przymkniętych powiek.
– Ktarrhsavaldar!
– Usłyszałem syk z tyłu głowy.
Dotknięcie ramienia, choć
delikatne, zapiekło żywym ogniem. Gwałtownie otworzyłem oczy i zerwałem się na
nogi, natychmiast tego żałując. Światło słoneczne całkowicie mnie oślepiło, szybkie
podniesienie się po odpłynięciu do świata źródeł spowodowało, że zakręciło mi
się w głowie i pociągnęło do nudności. Kolana mi zadrżały, gdy jak głupi, ślepy
kot rozglądałem się bezradnie na boki, starając się utrzymać postawę ochronną
mimo rąk ważących teraz po dwadzieścia kilogramów więcej. Dopiero po kilkunastu
sekundach zacząłem widzieć i moje mięśnie znów zaczęły jakoś pracować.
Zauważyłem naprzeciwko siebie Vashirijkę z rękami skrzyżowanymi na piersi i dezaprobatą
wymalowaną na twarzy. Wiedziałem, że bezgłośnie mówiła: „Po co zanurzasz się w mocy?”.
– Co się stało? – zapytałem ochrypłym
głosem.
– Lord Justal cię wzywa.
Natychmiast – podkreśliła ostatnie słowo, po czym odwróciła się na pięcie i
ruszyła w drogę powrotną do pałacu.
Nie zwlekając więcej – Justal nienawidził
czekać, zwłaszcza na służbę – złapałem tylko płaszcz i miecz, po czym ruszyłem
szybkim krokiem za nią, starając się odegnać resztki słabości. Szybko
pokonaliśmy dzielącą nas odległość i już kilka minut później stałem przed
Szlachcicem. Był sam. To znaczy, oczywiście nie całkiem sam, jak zwykle
otaczała go zgraja skrybów i służek. Ale nie było księżniczki.
– Wzywałeś mnie, panie –
odezwałem się wraz z ukłonem. Nie śmiałem pytać, to było stwierdzenie.
Szlachcic nie lubił półgłówków, a jeszcze mniej bezsensowne pytania.
– Księżniczka Amarantha nie
podpisała Kontraktu – zaczął bez ogródek, nie podnosząc na mnie spojrzenia znad
papierzysk piętrzących się na biurku, przy którym siedział. – Musi to zrobić
przy tobie, wiesz na pewno. Dopóki tego nie zrobi, masz udawać jej wiernego
służącego tak, jakby podpisała papier. Zapamiętuj wszystko co zrobi i wszystko
co powie, idź za nią wszędzie, nawet jeśli nie będzie sobie tego życzyć. Zdradź
jej lojalność jeśli będzie sprzeczna z lojalnością mnie. Idź teraz i przekaż
jej, że dzisiaj wieczorem wybieramy się na objazd miasta – mówił to wszystko
bardzo szybko i rzeczowo, bez grama emocji. – Aha, jeszcze jedno. Ani słowem
nie wspominaj jej o tej rozmowie – rzucił tonem wskazującym, że to już
wszystko.
Zrozumiałem i również bez
komentarzy wycofałem się z komnaty. Zostałem skazany… Za wcześniejsze
upokorzenie? To kara gorsza niż śmierć. Jeśli księżniczka mnie przyłapie, może
czekać mnie coś gorszego niż całe zło, jakie potrafię sobie wyobrazić.
Z tymi myślami udałem się do
komnat, które wskazał mi lokaj przechodzący korytarzem. Do tych, które
zajmowała moja nowa „pani”. Gdy tam trafiłem, zapukałem cicho do drzwi. Mam
wiadomość do przekazania.