środa, 19 kwietnia 2017

45.



Seth

Kiwnąłem głową w odpowiedzi. Skoro tempo było w miarę w porządku, postanowiłem kontynuować swój monolog. Kolejne kroki, najbardziej podstawowe z możliwych, żadnych półobrotów czy innych skomplikowanych postaw. Po porostu, po kolei, wszystko to, czego sam uczyłem się na początku. Kiedy zacząłem robić coś bardziej skomplikowanego – trochę automatycznie – i zauważałem, że dziewczyna nie nadąża, znów wracałem do prostych podstaw. I tak jedna lekcja nic jej nie da. Musiałaby trenować regularnie wiele miesięcy, żeby móc wykorzystać w praktyce swoje umiejętności przeciwko jakiemuś doświadczonemu szermierzowi. Ale pewnie to chwilowy kaprys, który szybko jej wywietrzeje z głowy.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie dostała się tu przypadkiem, a później wykorzystała moją propozycję. W końcu to ja pierwszy powiedziałem na głos o jej ćwiczeniach. Śmieszna myśl. Szybko ją od siebie odepchnąłem.
Zatrzymałem się i odpocząłem, kiedy ona to zrobiła. Coś takiego nie mogło mnie po prawdzie zmęczyć, ale przed przyjściem księżniczki ćwiczyłem sam tak na poważnie. Może to i lepiej – niech widzi, że męczę się tak samo jak ona, żeby jeszcze przypadkiem nie zauważyła, jak beznadziejna i słaba jest w tym w porównaniu ze mną. Oni nie lubią, kiedy ktoś jest od nich lepszy, a już zwłaszcza jakiś podrzędny sługus. Nawet jeśli jest instruktorem.
Spojrzałem na niebo. Chmury zbliżały się w oszałamiającym tempie, słońce już niedługo się za nimi schowa, a wiatr, który się podniósł, zwiastował szybkie rozpoczęcie burzy. Delektowałem się tymi świszczącymi w uszach i rwącymi moje niezwiązane włosy podmuchami. Niosły zapach deszczu, który zapewne już gęsto padał kilkaset kilometrów dalej i usuwały duszność z powietrza. Kolejna faza przed burzą – robiło się chłodniej.
– Tak, zbliża się burza – odpowiedziałem, nie patrząc na księżniczkę. I tak stała do mnie plecami, więc mogłem swobodnie wpatrywać się w niebo.
Pozwoliłem sobie na lekki, błogi uśmiech, na kilka sekund. Tak czuć było siły natury… Miałem ochotę zaczerpnąć z nich teraz, wypełnić ciało tą znajomą siłą, która trzęsła ziemią w posadach, która żywcem pożerała lasy trawiącym ogniem, która objawiała się w piorunach burz.
Szybko się opanowałem i sprowadziłem do porządku. Zaczesałem dłonią włosy tak, żeby nie wpadały mi do oczu, wyprostowałem się i mocniej ścisnąłem miecz w dłoni. Odchrząknąłem cicho, na tyle, żeby usłyszała mnie dziewczyna stojąca nieco dalej. Musiałem mówić trochę głośniej, żeby wiatr nie porwał moich słów.
– W takim wypadku należy chyba zakończyć ćwiczenia na dzisiaj, pani – odezwałem się, przestępując z nogi na nogę. – To nie będzie zwykły deszczyk, ale prawdziwa ulewa. Na horyzoncie już widać błyskawice. – Razem z tym zdaniem w oddali po niebie przetoczył się odległy ryk gromu.
Przełknąłem nerwowo ślinę. Chciałem, żeby stąd znikła. Chciałem być podczas burzy sam. Ćwiczyć. Czerpać siłę ziemi. Nie mogłem tego robić przy niej. Nie, poprawka: nie chciałem tego robić przy niej.