wtorek, 18 kwietnia 2017

41.



Seth

To miejsce było zaniedbane, bo dawno już nikt nie używał tej areny w celu, do którego została zbudowana. Trybuny, niegdyś czyste i zadbane, teraz były podupadłe, w niektórych miejscach groziły zawaleniem i dlatego nikt na nie nie wchodził. Najbardziej uparte z roślin – chwastów w większości trujących, tak zajadłych, że nie przeszkadzał im grunt na którym powstawały – rosły wprost ze szczelin i zarysowań w betonie. Sama arena, wcześniej pokryta czystym piaskiem, teraz w połowie była zbyt zarośnięta, żeby się po niej poruszać, ale jak dla jednej osoby miejsca było wystarczająco. Piasek dawno stał się częścią przekroju geotechnicznego ziemi i teraz poruszałem się raczej po piaszczystej glinie, która po deszczu zmieniała się w błoto, po którym ciężko było chodzić, nie mówiąc już o walce.
Ja nie zwracałem uwagi na otoczenie. Podczas kolejnych pozycji z mieczem i do walki wręcz otoczenie zlewało się w jedną, niewyraźną plamę. Pot spływał mi już strużką po plechach, perlił się na czole i niemal zalewał mi oczy słonym wodospadem. Robiło się duszno i coraz ciężej było mi stawiać kroki. Nadciągała burza, można to było wyczuć w powietrzu, nawet jeśli ktoś nie miał tak silnego powiązania z naturą, jak ja. Granatowo-czarne chmurzyska kłębiły się groźnie nad horyzontem, chociaż tutaj jeszcze świeciło jaskrawo słońce. Nawet ono zwiastowało nachodzącą burzę swoim jasnożółtym, burzowym światłem.
W jednej chwili zrozumiałem, że nie jestem sam. Ta świadomość spowodowała, że natychmiast zastygłem w bezruchu i rozglądnąłem się czujnie dookoła, nie wykonują przy tym żadnych gwałtownych ruchów. Moje spojrzenie zatrzymało się na jedynym elemencie nie pasującym do otoczenia, to znaczy na dziewczynie stojącej na progu areny. Dziewczyna. Wyglądała właśnie na nią, z daleka i kiedy się nie poruszała, kiedy nie mówiła, była tylko dzieckiem – wyglądała wręcz niewinnie. Wcale nie była księżniczką i nie miała potężnej mocy ani żadnej władzy.
Dotarło do mnie, że nie może mieć więcej niż dwadzieścia lat. Może przez to, że była zwyczajnie niska. A może dlatego, że z daleka nie dało się zauważyć skrywanej w jej oczach nienawiści do świata, obojętności i chłodu, który powodował, że wyglądała na starszą. Może w końcu dlatego, że przez chwilę zapomniałem o to, że przyjechała tu na ślub, a nie w odwiedziny. Czy takie dzieci można było tak po prostu oddać staremu facetowi, jakim był Justal? Z pewnością, jeśli mówimy o Kasandrosach. W końcu jedno jest pewne w ich przypadku, co byłoby najobrzydliwsze – na pewno nie będą ze sobą spać. To jak pedofilia.
Z resztą, o czym ja myślę?
Rozluźniłem mięśnie i opuściłem miecz dzierżony w prawej dłoni. Wbiłem go w ziemię i oparłem się na rękojeści tak, żeby przypadkiem nie znalazł się na kierunku, w którym stała księżniczka. Opuściłem spojrzenie. Może czegoś jednak ode mnie chciała? Tylko dlaczego nie wysłała jakiejś służącej? Stłumiłem westchnienie. Pamiętaj, Seth, nieważne co się stanie: ona już nie jest kimś, z kim możesz rozmawiać.
Podszedłem do niej wolno, nie przejmując się swoim trochę niechlujnym wyglądem i potem, który zrosił moje ciało. Zatrzymałem się kilkanaście metrów od niej i nisko skłoniłem.
– Czy czegoś potrzebujesz, pani? – zapytałem obojętnym, pozbawionym uczuć głosem, jakim należało się zwracać do swoich właścicieli. Dziwne, że słowo „właściciel” używa się wyłącznie w stosunku do rzeczy, zwierząt i Vashirów. Jeszcze dziwniejsze, że sam o sobie mówię w ten sposób.
Oglądnąłem się przez ramię na miecz, który zostawiłem za plecami. Tkwił wbity w ziemię i błyszczał się w jaskrawym słońcu. Był najlepszym darem i najlepszym przedmiotem, jaki wolno mi było posiadać na własność. Właściwie był jedynym, o czym z całą pewnością mogłem powiedzieć „mój”. Ironią było to, że był darem od Justala, darem który dla nas był całkowitym bluźnierstwem. Jedyny prezent i jedyna rzecz, tak piękna w prostocie – idealnie wyważony i bez popisowych ozdób, którymi uwielbiali się chełpić Kasandrosi – była jednocześnie najgorszym, co mogłem dostać ze względu na naszą kulturę.
My zachowywaliśmy, to oni niszczyli. Czyż broń nie była najlepszym przykładem zniszczenia? Przeciwstawiającym się niejako temu, co stworzyła nasza Matka, natura.
– Czy księżniczka przyszła tu może – ledwo wyczuwalnie zawahałem się w tym momencie – ćwiczyć sztuki walki?
Wiedziałem, że oni też walczyli. Nie byłoby nic dziwnego w tym, że taka dziewczyna posługuje się zarówno mechanizmami, jak i bronią białą. Tylko to wydawało się sensownym wytłumaczeniem tego, że przyszła tu we własnej osobie, a jednocześnie było to bardzo niespójne. Oni mieli lepsze miejsca.
Cóż, jedno pytanie chyba jeszcze nikogo nie zabiło. Jeśli chciała się uczyć, musiałem jej pokazać. Nieważne, jak bardzo nie chciałem tego robić.