czwartek, 13 kwietnia 2017

39.



Seth

A jednak miała jakiś plan. Choć wcześniej wydawała się zrobić wszystko, żeby stanąć przed całą komisją i wyglądała na bardzo zdeterminowaną, na tyle, że zabiła człowieka. Cóż, nigdy nie mogłem wykluczyć tego, że jest świetną aktorką. W końcu cały czas musi udawać opanowaną, jak każdy Kasandros, nawet ten wściekły.
Skinąłem tylko głową. Na szczęście nikt nas nie zapowiedział i w porę odesłałem człowieka z ochrony – być może księżniczka chciała się pozbyć i jego, usunąć na zawsze. Tym razem najwidoczniej liczyła się dyskrecja, a nie show dla plebsu. Nie znałem fabryk tak dobrze, jak znałem miasto. Właściwie nie znałem w ogóle, to był pierwszy raz, kiedy moja stopa stanęła na tym terenie. Wiedziałem tylko, że na pewno poza zwykłymi, tyrającymi i odwalającymi najgorszą robotę Vashirami, pracowali tu również Sledrysi i Kasandrosi. W końcu to wszystko, co ruszało się mimo że nie żyło i ruszać się nie powinno było właśnie ich działką. Zarządzali, kontrolowali, naprawiali większe usterki.
Rozmawiali z maszynami. Dziwne i głupie, jeśli o mnie chodzi.
Przedostaliśmy się do głównej fabryki i tamtędy skradaliśmy się dalej. W milczeniu, tylko od czasu do czasu ostrzegałem ją przed pracownikami dzięki mojemu wyczulonemu na naturę i życie zmysłowi. Nie wiedziałem, ba, nie miałem najdrobniejszej poszlaki żeby wymyśleć, co robi. Po co tu przyszła? Rozumiem, że ciągnie ją do maszyn, w końcu to jej świat, jak każdego z nich, ale skradanie się, oglądanie i podsłuchiwanie to już inna sprawa. Może chciała dowiedzieć się, na czym stoi i co będzie jej po zaręczynach, żeby nie brać kota w worku? Też bym nie ufał Justalowi, więc mogłem to sobie wyobrazić, zwłaszcza że ktoś ze stolicy nie ma bladego pojęcia o życiu w Dzikim Mieście. Ale to wydawało się jakoś… naciągane.
Zatrzymałem się od razu, kiedy padł ten rozkaz. Upewniwszy się, że nie chodzi o zbliżających się ludzi, wróciłem do rozważań. To było podejrzane. Było jak cholera, ale nie mogłem się dopatrzeć żadnej logiki w jej działaniu. Przyjechała tu wczoraj… I już brała się za zwiedzanie. Może chciała poznać ten świat? Ale po co, skoro w stolicy mogła żyć jak królowa? Po co?
To pytanie natarczywie do mnie powracało i drażniło mnie coraz bardziej. Niewiedza przeradzała się w frustrację. Nawet nie chodziło już o to, że nie powiem Szlachcicowi jaki dokładnie miała cel – w końcu miałem tylko obserwować, on sam zdecyduje co zrobić z moim meldunkiem. Po prostu chciałem wiedzieć.
Ruszyłem za nią posłusznie, kiedy oznajmiła, że możemy już wyjść. Dopiero po kilku sekundach coś mnie uderzyło, jak strumień lodowatej wody prosto w twarz. Coś, co było dziwne i nie pasowało.
„Gotowe”?
Zmrużyłem oczy i wbiłem spojrzenie w jej plecy, dokładnie między łopatki, kiedy szła przede mną wąskim korytarzem. Co ty zrobiłaś i co jest tutaj gotowe, że możesz już odejść? Czy to zbieg okoliczności? Po prostu chciała powiedzieć, że już się naoglądała i niefortunnie dobrała słowa? Nie. Używała ich tak mało, że każde miało swój dokładny, konkretny cel. To już zdążyłem zauważyć – nie rzucała słów na wiatr i nie odzywała się bezcelowo. Ale nie zauważyłem, żeby robiła coś konkretnego kiedy szliśmy przez fabrykę, oczywiście poza przyglądaniem się maszynom. Czy zapamiętywała układ i robiła w głowie idealną kopię mapy? Nic o nich nie wiedziałem. Nie mogłem założyć, że coś zrobiła, bo nie miałem pojęcia, do czego jest zdolna.
Moja irytacja jeszcze się pogłębiła. Cóż, to chyba zostanie jako zagadka dla Justala. Jest jednym z nich.
Droga powrotna zajęła nam dużo czasu. Musieliśmy przedzierać się przez coraz gęściej zaludnione uliczki, wybierałem też drogi mniej uczęszczane i węższe, żeby omijać największe ludzkie skupiska, więc trochę nadrabialiśmy. Poza tym podczas naszej uroczej wycieczki cały czas oddalaliśmy się od serca Dzikiego Miasta, czyli pałacu, i teraz musieliśmy się o ten odcinek wrócić. Kiedy dotarliśmy, skłoniłem się kobiecie i zacząłem się zachowywać znów tak, jak tego ode mnie oczekiwała klasa wyższa i Kontrakt.
– Czy mogę coś jeszcze zrobić, wasza wysokość? – zapytałem, wciąż w ukłonie.
Kiedy otrzymałem odpowiedź negatywną, wyprostowałem się, odczekałem aż odejdzie i postanowiłem za nią nie iść. I tak już dzisiaj długo się z nią nacierpiałem… I zdobyłem dla mojego pana istotne informacje, których po prostu nie umiałem oczytać poprawnie. Z pewnością były ważne.
Skierowałem się znów w stronę tyłów posiadłości. Zamierzałem tą chwilę wolnego spędzić na arenie, jak zwykle, mając nadzieję, że tam nikt nie będzie mi zawracał głowy skoro moja tymczasowa pani mnie nie potrzebuje. Justala nie było… Idealna okazja do treningu. Dotarłem na miejscu, zdjąłem płaszcz i kamizelkę, z niejakim szacunkiem odłożyłem złoto i materiał na bok, po czym zabrałem się za wyczerpujące ćwiczenia. Miałem wrażenie, że od ostatnich minęło tak dawno, że mięśnie mi zardzewiały.
W ten sposób odpoczywałem.