Seth
Stłumiłem chęć ironicznego
uśmiechu, kiedy kobieta przestała mówić.
– Z całym szacunkiem, ale
tym razem to chyba ty nie wierzysz w to, co mówisz. Nie wydałabyś na nich ani
jednego złamanego miedziaka, prawda? W pytaniu była mowa o możności wydania
ich, nie konieczności – stwierdziłem po prostu. Nie było to na pewno obraźliwe,
w końcu to był fakt i każdy wiedział, jak zachowałby się w tej sytuacji każdy
Kasandros.
Nie wiem tylko jaki masz interes
w tej równie płomiennej co kłamliwej mowie, którą właśnie mi zaserwowałaś. Póki
co jednak musiałem odpuścić sobie drążenie tego tematu. Księżniczka niemal
zapaliła się do zobaczenia części przemysłowej miasta – przynajmniej na tyle, na
ile oni to robią, choć jej reakcja zdawała się odróżniać nieco, minimalnie, od
reakcji na moje wcześniejsze propozycje. Ciekawe. Justal będzie musiał się o
tym dowiedzieć, jak i o jej determinacji aby wejść do środka.
Milczałem. Nic nie wiedziałem o
maszynach ani o tym, jak radzi sobie z nimi Szlachcic. Niczego też nie czułem,
słyszałem tylko odległe buczenie przekładni, charakterystyczny rytm wybijany
przez potężne tłoki i warkot silników. Szedłem z księżniczką i nie cofnąłem
się, kiedy zauważyłem, że idzie prosto do nich, nic też nie powiedziałem. Przed
chwilą chyba jasno się wyraziłem, że jej ujawnienie się od razu zostanie
doniesione Justalowi? Miałem mętlik w głowie. Może jednak chciała, żeby
wiedział. Może miała w tym jakiś cel… Ale skoro najpierw kazała mi milczeć, po
co teraz wystawiała się na widok? Początkowo sądziłem, że będziemy się skradać
aby uniknąć wykrycia – najwidoczniej jednak wciąż wiedziałem za mało.
W każdym razie, teraz nie było na
to czasu na moje rozmyślania. Warta pilnująca wejścia miała broń palną,
prawdziwą maszynę do zabijania, której nienawidziłem. Niebezpieczna,
nieokiełznana i niemożliwa do walki. Dając niesprawiedliwą przewagę przeciw
temu, kto posługiwał się bronią białą… Czyli przeciw wszystkim Vashirom, którzy
zostali wojownikami jak ja. Na szczęście, to było drogie i rzadko spotykane.
Przez to też napawało mnie
większym przerażeniem.
Na szczęście nie musiałem nic
robić. Dziewczyna po raz pierwszy odkąd ją zobaczyłem zaatakowała sama, choć
nie miała powodu do ataku. Skrzywiłem się w brzydkim grymasie obrzydzenia, a
moja dłoń automatycznie znalazła się na rękojeści miecza. Choć przeciw tej
machinie z kulami i tak niczego bym nie zdziałał. Słuchałem z boku, stojąc w
gotowości do ataku i wręcz nie mogłem uwierzyć własnym uszom. W myślach paliła mnie jedna myśli,
Możesz ich zastraszać, kobieto,
ale Justal zastraszył ich już tysiąc razy bardziej. Boją się realnej siły,
która ich uciska a nie jakiejś nieznanej, egzotycznej potęgi pochodzącej z
dalekiej krainy, o której istnieniu nie mają pewnie pojęcia.
Może ta grupka nie miała
wytycznych, jak postępować w takiej sytuacji, bo popatrzyli po sobie niepewnie
i ten, który wyglądał na dowodzącego, skłonił się tylko i szepnął: „Proszę za
mną”. Po czym odwrócili się, zostawiając ciało człowieka jeszcze w
konwulsyjnych, pośmiertnych dreszczach i ruszyli w stronę osobnego budynku, w
którym pewnie znajdował się niejaki zarząd. Co chwila któryś z nich niepewnie
obracał się przez ramię, zezując w naszym kierunku i zatrzymując na dłużej na
mnie skonsternowane spojrzenie. Vashir idący na równo z kobietą, która włada
metalem? Pewnie dziwny widok. Człowieku, chciałem powiedzieć, sam nie rozumiem,
co tu się właściwie dzieje.
Dotarliśmy do budynku i
zostaliśmy wpuszczeni. Tutaj jeszcze nie było machin i fabryki – wielkie pomieszczenie
zastawione było stołami dla tych, którym poszczęściło się w życiu. Byli
biurokratami, co znaczy, że nie ryzykowali życiem i utratą kończyn na hali tak
jak ci, którzy pracowali przy maszynach. Przeszliśmy dalej wąskim korytarzem
bez okien, wciąż pod przewodnictwem straży – do budynku wszedł tylko jeden z
ekipy, dowodzący, a reszta pewnie cofnęła się aby wziąć ciało i oddać je
rodzinie nieszczęśnika.
Po chwili znaleźliśmy się już
przez dwuskrzydłowymi, drewnianymi drzwiami wyglądającymi na masywne. W tej
chwili musiałem przerwać ciszę.
– Odejdź, strażniku –
mruknąłem, a choć mój głos nie był oschły i zimny jak księżniczki, zawierał w
sobie cichy, ukryty przymus. Poczekałem, aż Vashir zniknie z zasięgu słuchu, po
czym spojrzałem w stronę księżniczki. – Muszę to powiedzieć, pani – zacząłem szeptem,
który pewnie ledwo docierał do uszu kobiety. Zwracałem się formalnie, bo nie
było żadnych postronnych odbiorców. – Wierzę, że masz w tym jakiś cel, wasza wysokość, ale jeśli nie
chcesz, żeby Szlachcic Justal się dowiedział, nie rozmawiaj z nimi. Jeśli cię
zobaczą, przekażą wszystko temu, komu muszą powiedzieć. Jeśli zamkniesz ich
usta na wieki jak temu przed bramą, on i tak się dowie… – urwałem, zdając sobie
sprawę, że pozwoliłem sobie na udzielanie jej rad w miejscu, gdzie powinienem
być posłuszny i cichy. – To tylko moje zdanie, oczywiście. Nic nieznaczące –
ubezpieczyłem się ciszej, kłaniając się przy tym głęboko po raz pierwszy od
rana.
Po pierwsze: nie chciałem płacić
za to, co nieświadomie by na mnie ściągnęła gdyby Szlachcic dał jej do
zrozumienia, że wie czym się zajęła pod jego nieobecność. Nie mogłem też pozwolić
na to, żeby domyśliła się, że pracuję dla Justala. Czy ten akt lojalności nie
był wystarczający? Ostrzegłem ją, powiedziałem wszystko co do joty zgodnie z
prawdą.
No, chyba że faktycznie chciała,
aby ta informacja obiła się o uszy władcy.