Seth
Jakimś cudem obeszło się bez
afery. Może zostawiła to sobie na później, żeby się nie demaskować w miejscu
takim jak to. Jednak...
WY JESTEŚCIE BEZ SKAZ?!, miałem
ochotę ryknąć gdy tylko usłyszałem jej opis miejsca będącego centrum choroby
tej planety jaką są Kasandrosi. Jej dalsze obrazowe porównania spowodowały, że
już wiedziałem, w jakim miejscu na ziemi na pewno nie chcę się znaleźć. Nie,
żebym miał tutaj jakiś wybór ze względu na to, że moje życie nie należy do
mnie. Z resztą, sam zapytałem… Więc teraz przed oczami przez samego siebie
miałem obraz tego piekła na ziemi.
Czy jednak sam nie stąpałem
właśnie po jednym?
Księżniczka przez kilka chwil
zmieniała tempo marszu, a ja starałem się do niej dostosować. Nie musiałem się
rozglądać, choć ona to chyba robiła. Ja zbyt dobrze znałem te dzielnice, zbyt
dobrze znałem całe Dzikie Miasto. Co za szczęście miała, że wśród tylu
anonimowych służących wybrała mnie na przewodnika. Wątpiłem tylko, by ktoś poza
mną ośmielił się spojrzeć ze złością na jednego z nich. Nie byliśmy tacy – jej słowa
utwierdziły mnie w przekonaniu, że nic o nas nie wie.
– Ja też – odpowiedziałem odruchowo,
zanim zdążyłem sobie przypomnieć kto do mnie mówi. Czy naprawdę właśnie
przyznała się przed takim gównem na podeszwie jej buta jak ja do jakiejś wady? –
To znaczy – dodałem, starając się starannie dobierać słowa – pierwszy raz mam
rozkaz rozmawiać z kimś, kto jest moim panem. Jeśli jestem mało rozrywkowy, to
pewnie dlatego i proszę o wybaczenie – powiedziałem cicho, choć sam nie wiem
czemu. Może to jej słowa zmusiły mnie do jakiegoś rodzaju szczerości wobec
niej.
Kiedy na chwilę zapadła cisza,
rozglądnąłem się po okolicy. Musiałem kontrolować to, gdzie jesteśmy i dokąd
zmierzamy. Bowiem następnym punktem programu miały być fabryki. Coś, co Justal
na sto procent zatrzymałby dla siebie. I zapewne wścieknie się kiedy się dowie,
że ją do nich zaprowadziłem. Zerknąłem w jej stronę gdy znów zaczęła mówić.
Wydałbym je tak, żeby pomogły mi
zabić Justala.
To była moja pierwsza i przez
dłuższy czas jedyna myśl. Być może dlatego, że nie potrafiłem się umiejscowić w
takiej sytuacji, była zbyt abstrakcyjna, żebym kiedyś się nad tym zastanawiał,
nawet przelotnie. Nieprzyjemny dreszcz został spotęgowany przez jej spojrzenie,
które posłała mi pierwszy raz od dawna i to akurat w chwili, w której gapiłem
się znów na kaptur.
– Myślę… Myślę, z całym
szacunkiem, że pieniądze nie rozwiązałyby naszego problemu – odpowiedziałem
całkiem dyplomatycznie i sam byłem z siebie zadowolony z takiego wybrnięcia z
trudnej sytuacji.
Witaj, o, szczera rozmowo. Jednak
nie mogłem zdradzić prawdy. Żaden normalny Vashir nie mógł pragnąć zabójstwa
swojego pana.
– A gdybyś ty, Thio, miała
pieniądze, które możesz wydać tylko
na nas? Oczywiście zakładam to tylko na czas filozoficznych rozważań –
ubezpieczyłem się od razu pospiesznie. – Czy dałabyś je tym tutaj, którzy ledwo
żyją i nie pracują dla dobra ogółu? Czy raczej wynagrodziłabyś lepiej tych,
którzy mają posiłki i miejsce, w którym mogą schronić się przed zimą, a za to ciężko pracują? –
zapytałem, przenosząc spojrzenie gdzieś ponad nią. Nie mogłem gapić się w te
oczy. Wciąż wiedziałem, że to nie moje miejsce, że tak nigdy nie będzie. Że ta
rozmowa to dziwny, nierealny twór.
Zastanawiałem się. Naprawdę
ciekawiło mnie to, jak oni działają. Czy nie mogli czuć, czy tylko to skrzętnie
ukrywali, udając i pozorując się na takich obojętnych? To pytanie… Dla mnie
było zbyt oczywiste. Miałem nadzieję, że księżniczka będzie długo się głowić
nad odpowiedzią. Chyba, że od razu mnie zignoruje i wybierze pierwszą-lepszą opcję,
tego nie mogłem odrzucić.
– Przepraszam, ale czy
rozmawiamy jeszcze z poczucia obowiązku, czy raczej z dziwnego poczucia
ciekawości? – zapytałem, choć wydawało mi się to pytanie ryzykowne. Jeśli ja
poczułem zmianę… Może w tym coś się kryło? Może zaczęła mówić to, co myśli
naprawdę?
Chyba sam sobie w to nie
wierzyłem.
W międzyczasie dotarliśmy do większego
skrzyżowania, które formowało mały plac. Zatrzymałem się, zmuszając do
zatrzymania również kobietę. Czas, żeby zmienić klimat. Upał i smród robiły się
już byt nieznośne nawet jak na mnie.
– Teraz zaprowadzę cię do
fabryk – powiedziałem, kierując się na zachód, w stronę wyjścia ze slumsów.
Część przemysłowa bezpośrednio z nimi sąsiadowała, toteż tym razem nie mieliśmy
dużo drogi. – Wszystkimi zarządza Justal. Nikt, kto w nich nie pracuje, raczej
nie wie czym tam się zajmują. To znaczy… Ja nie wiem – wytłumaczyłem,
wzruszając ramionami. Myślę, że Miasto kryło mroczne tajemnice nawet przede
mną, który się tu wychowałem. – Może uda nam się wejść… Jeśli pokazałabyś twarz
komu trzeba z zarządu. Nie wiem, czy nie doniosą o tym naszemu panu.
To była prawda. Nie mogłem kłamać
w takiej rzeczy – jeśli któryś z nich powiedziałby Justalowi i księżniczka
dowiedziałaby się o tym, iż on wie o jej wizycie… Cała wina spoczęłaby zapewne
na moich barkach.