poniedziałek, 10 kwietnia 2017

35.



Seth

Jakimś cudem obeszło się bez afery. Może zostawiła to sobie na później, żeby się nie demaskować w miejscu takim jak to. Jednak...
WY JESTEŚCIE BEZ SKAZ?!, miałem ochotę ryknąć gdy tylko usłyszałem jej opis miejsca będącego centrum choroby tej planety jaką są Kasandrosi. Jej dalsze obrazowe porównania spowodowały, że już wiedziałem, w jakim miejscu na ziemi na pewno nie chcę się znaleźć. Nie, żebym miał tutaj jakiś wybór ze względu na to, że moje życie nie należy do mnie. Z resztą, sam zapytałem… Więc teraz przed oczami przez samego siebie miałem obraz tego piekła na ziemi.
Czy jednak sam nie stąpałem właśnie po jednym?
Księżniczka przez kilka chwil zmieniała tempo marszu, a ja starałem się do niej dostosować. Nie musiałem się rozglądać, choć ona to chyba robiła. Ja zbyt dobrze znałem te dzielnice, zbyt dobrze znałem całe Dzikie Miasto. Co za szczęście miała, że wśród tylu anonimowych służących wybrała mnie na przewodnika. Wątpiłem tylko, by ktoś poza mną ośmielił się spojrzeć ze złością na jednego z nich. Nie byliśmy tacy – jej słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że nic o nas nie wie.
– Ja też – odpowiedziałem odruchowo, zanim zdążyłem sobie przypomnieć kto do mnie mówi. Czy naprawdę właśnie przyznała się przed takim gównem na podeszwie jej buta jak ja do jakiejś wady? – To znaczy – dodałem, starając się starannie dobierać słowa – pierwszy raz mam rozkaz rozmawiać z kimś, kto jest moim panem. Jeśli jestem mało rozrywkowy, to pewnie dlatego i proszę o wybaczenie – powiedziałem cicho, choć sam nie wiem czemu. Może to jej słowa zmusiły mnie do jakiegoś rodzaju szczerości wobec niej.
Kiedy na chwilę zapadła cisza, rozglądnąłem się po okolicy. Musiałem kontrolować to, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Bowiem następnym punktem programu miały być fabryki. Coś, co Justal na sto procent zatrzymałby dla siebie. I zapewne wścieknie się kiedy się dowie, że ją do nich zaprowadziłem. Zerknąłem w jej stronę gdy znów zaczęła mówić.
Wydałbym je tak, żeby pomogły mi zabić Justala.
To była moja pierwsza i przez dłuższy czas jedyna myśl. Być może dlatego, że nie potrafiłem się umiejscowić w takiej sytuacji, była zbyt abstrakcyjna, żebym kiedyś się nad tym zastanawiał, nawet przelotnie. Nieprzyjemny dreszcz został spotęgowany przez jej spojrzenie, które posłała mi pierwszy raz od dawna i to akurat w chwili, w której gapiłem się znów na kaptur.
– Myślę… Myślę, z całym szacunkiem, że pieniądze nie rozwiązałyby naszego problemu – odpowiedziałem całkiem dyplomatycznie i sam byłem z siebie zadowolony z takiego wybrnięcia z trudnej sytuacji.
Witaj, o, szczera rozmowo. Jednak nie mogłem zdradzić prawdy. Żaden normalny Vashir nie mógł pragnąć zabójstwa swojego pana.
– A gdybyś ty, Thio, miała pieniądze, które możesz wydać tylko na nas? Oczywiście zakładam to tylko na czas filozoficznych rozważań – ubezpieczyłem się od razu pospiesznie. – Czy dałabyś je tym tutaj, którzy ledwo żyją i nie pracują dla dobra ogółu? Czy raczej wynagrodziłabyś lepiej tych, którzy mają posiłki i miejsce, w którym mogą schronić się przed zimą, a za to ciężko pracują? – zapytałem, przenosząc spojrzenie gdzieś ponad nią. Nie mogłem gapić się w te oczy. Wciąż wiedziałem, że to nie moje miejsce, że tak nigdy nie będzie. Że ta rozmowa to dziwny, nierealny twór.
Zastanawiałem się. Naprawdę ciekawiło mnie to, jak oni działają. Czy nie mogli czuć, czy tylko to skrzętnie ukrywali, udając i pozorując się na takich obojętnych? To pytanie… Dla mnie było zbyt oczywiste. Miałem nadzieję, że księżniczka będzie długo się głowić nad odpowiedzią. Chyba, że od razu mnie zignoruje i wybierze pierwszą-lepszą opcję, tego nie mogłem odrzucić.
– Przepraszam, ale czy rozmawiamy jeszcze z poczucia obowiązku, czy raczej z dziwnego poczucia ciekawości? – zapytałem, choć wydawało mi się to pytanie ryzykowne. Jeśli ja poczułem zmianę… Może w tym coś się kryło? Może zaczęła mówić to, co myśli naprawdę?
Chyba sam sobie w to nie wierzyłem.
 W międzyczasie dotarliśmy do większego skrzyżowania, które formowało mały plac. Zatrzymałem się, zmuszając do zatrzymania również kobietę. Czas, żeby zmienić klimat. Upał i smród robiły się już byt nieznośne nawet jak na mnie.
– Teraz zaprowadzę cię do fabryk – powiedziałem, kierując się na zachód, w stronę wyjścia ze slumsów. Część przemysłowa bezpośrednio z nimi sąsiadowała, toteż tym razem nie mieliśmy dużo drogi. – Wszystkimi zarządza Justal. Nikt, kto w nich nie pracuje, raczej nie wie czym tam się zajmują. To znaczy… Ja nie wiem – wytłumaczyłem, wzruszając ramionami. Myślę, że Miasto kryło mroczne tajemnice nawet przede mną, który się tu wychowałem. – Może uda nam się wejść… Jeśli pokazałabyś twarz komu trzeba z zarządu. Nie wiem, czy nie doniosą o tym naszemu panu.
To była prawda. Nie mogłem kłamać w takiej rzeczy – jeśli któryś z nich powiedziałby Justalowi i księżniczka dowiedziałaby się o tym, iż on wie o jej wizycie… Cała wina spoczęłaby zapewne na moich barkach.