Seth
Sądziłem, że będzie na mnie
wrzeszczeć, choć bardziej w ich stylu byłoby wytarcie mną bruku w całkowitym
milczeniu i z obojętnością, pod którą czaiła się nienawiść. Myślałem, że tylko
zareagowałem szybciej od niej, a i tak dałaby sobie radę… Ale może wcale tak
nie było? Tylko jak można nie zauważyć biegnącego na ciebie wielkiego chłopa,
tego nie wiem. W każdym razie zdziwiła mnie po raz kolejny. Nie uderzyła mnie,
nie szykowała też chyba żadnej kary… Za to niemal mnie pochwaliła. Z sykiem
wciągnąłem powietrze do płuc i chwilę je przetrzymałem.
– Nie patrzą gdzie łażą –
odpowiedziałem zupełnie nie na temat, nie mogąc się zdobyć na nic, by
odpowiedzieć jej niespodziewanemu komplementowi.
Ledwo powstrzymałem się od
charakterystycznego ukłonu, kiedy wydała polecenie. To z pewnością zwróciłoby
uwagę Vashirów idących obok nas. Pieprzone nawyki. Gorsze jednak, że po
powrocie do pałacu znów będę musiał gryźć się w język… A to wszystko, to doświadczenie
niejakiej rozmowy z Kasandrosem i towarzysząca mu adrenalina spowodowana
niepewnością czy nie przekroczę granicy… Zaczynało mi się podobać. Musiałem to
przyznać sam przed sobą.
Przemilczałem jej kolejne słowa,
które zapewne nie były okazaniem troski z jej strony, tylko delikatnym ostrzeżeniem,
żeby więcej się w to nie zagłębiać. Mieliśmy co prawda rozmawiać, ale to był ten
moment, w którym lepiej było zamknąć jadaczkę i się uspokoić, a swoje myśli
zostawić dla siebie. Powiedziałbym za dużo. Dlatego gryzłem się w język, czując
nagły przypływ wściekłości.
Więc tak usprawiedliwiacie sami
siebie wieczorem, kiedy pomyślicie o wszystkich duszach, jakie zabraliście? „Lepiej
nie wiedzieć”? Zamknąć oczy i zamknąć okno, zatrzymać się w swoim pięknym
świecie, a na zewnątrz niech sobie giną, niech mordują się nawzajem dla
nadgnitego owocu, który być może nie wystarczy aby przeżyć ten jeszcze jeden
dzień ich i ich potomstwa? Zaczynam się zastanawiać, czy oni o tym nigdy nie wiedzieli,
czy zdawali sobie sprawę z warunków życia Vashirów i świadomie na to pozwalali.
Sam nie wiem, które z tych dwóch było gorsze. Władza powinna iść w parze z
odpowiedzialnością. Jak mogą spokojnie spać w swoich złotych klatkach, kiedy to
właśnie przez nich ich właśni poddani cierpieli? Ich zakłamany, okrutny świat.
Kiedyś… Kiedyś go zniszczę, odbiorę go wam.
Moje wzburzenie zaczęło się robić
dla mnie niebezpieczne. Głęboko westchnąłem, akurat w chwili, w której kobieta
zapytała o moje imię. Można zatem było moją reakcję pod to podpiąć – bo to w
rzeczy samej było dość zaskakujące pytanie. Nie pierwsze dzisiaj i czuję, że
nie ostatnie.
– Nie, w rzeczy samej –
odpowiedziałem uprzejmie, wciąż czując burzę szalejącą w żołądku i myślach. –
Nasze imiona są dla was… Zbyt długie – wytłumaczyłem, starając się nie podważać
ich inteligencji i nie mówić, że są zbyt trudne. W sumie gadałem tylko po to,
żeby gadać. – Moje w oryginalnej wersji brzmi Ktarrhsavaldar – ostatnie słowo
wypowiedziałem z Vashiryjskim akcentem, pewnie niemożliwym do naśladowania
przez kogoś, kto nie interesuje się nawet życiem innych, a co dopiero ich mową
czy imionami. Skoro jednak pytała, nie widziałem powodów ku temu, aby swoje
prawdziwe imię ukrywać. Pewnie i tak już o nim zapomniała.
W międzyczasie dotarliśmy niemal
już do końca rynku i znaleźliśmy się po przeciwnej stronie placu. Weszliśmy od
południa, a teraz byliśmy w północnej części, pełnej zapachów bardziej i mniej
przyjemnych rzeczy do jedzenia. Poprowadziłem księżniczkę w stronę bramy
północnej, którą w rzeczywistości była tylko wąska uliczka, wyrwa w
poniszczonych murach otaczających placyk.
– Zastanawiam się nad
kolejnym punktem wycieczki – powiedziałem, pocierając wierzchem dłoni o czoło.
Robiło się gorąco. Zbliżał się południowy skwar i teraz podróż pewnie będzie
jeszcze trudniejsza. – Myślę, że jeśli chce się zobaczyć drugą stronę monety,
powinno wybrać się do slumsów Vashirów. Nie wszyscy mają tyle… szczęścia –
przełknąłem jakoś to słowo – co ja i ci, którzy pracują dla Szlachcica. Ci,
którzy zajmują się pracą w polu lub fabrykach, wiodą nieco inne życie niż to,
które być może znasz lub widziałaś. Uprzedzam, że nie jest to bezpieczne
miejsce. Tam miejskie patrole się nie zapuszczają i nie ma nawet kogoś, kto by
wynosił trupy za mury Miasta, nie mówiąc o ich grzebaniu – powiedziałem akurat
w chwili, w której weszliśmy do uliczki będącej odnogą rynku i bramą. Tu, w
cieniu wysokich budynków było jeszcze nawet chłodno po porannym przymrozku.
Spojrzałem wyczekująco na kaptur,
pod którym znajdowała się księżniczka i przystanąłem, czekając na jej decyzję.