niedziela, 9 kwietnia 2017

27.


Seth

Jeśli liczyłem na jakieś obrzydzenie albo niechęć księżniczki, to sporo się przeliczyłem. Wydawała się nieporuszona, chociaż kto wie co kryje się pod tą ich idealną maską obojętności i chłodu? Pewnie same psychopatyczne skłonności. Może wyświadczyłem jej przysługę w ten sposób? W każdym razie, jeśli nie chciałem aby kobieta nabrała podejrzeń – a nie chciałem i to przez wzgląd na mojego pana, a nie jej groźby – musiałem wykonywać jej rozkazy dokładnie. Pokazać jej to, co zapewne ukryłby Justal. Przekonać, że z nią współpracuję.
Kiedy się ruszyła, przez chwilę wydawało mi się, że się waha. Ale bez satysfakcji z tej obserwacji ruszyłem z nią w tłum. W końcu sam musiałem przeciskać się teraz między kobietami z dziećmi, a biegnącymi w każdą stronę nastolatkami i dorosłymi. Szturchanie, wbijanie łokci i przepychanie się było tu na porządku dziennym. Prawie też straciłem oko po tym, jak jakiś idiota odwrócił się gwałtownie, na ramieniu trzymając wędki, których czasy świetności dawno minęły. Mimo wszystkich niedogodności, czułem się tu niezwykle… wygodnie. Jakbym znów był małym chłopakiem biegającym po rynku bez opieki z innymi dzieciakami, które wychowywała ulica, plątając się pod nogami i kradnąc drobne rzeczy. Jakbym był znów tym wolnym duchem, który, chociaż urodził się na gorszej pozycji, o złym kolorze skóry i oczu, mógł o sobie decydować.
Przysunąłem się bliżej księżniczki, gdy zaczęła mówić. „Jednostki rodzicielskie”? Wyraźnie uniosłem obie brwi na dźwięk tego wyrażenia. Zdałem też sobie nagle sprawę, że trzymam dłoń na rękojeści miecza. Jeśli ktoś tu zauważy jej kolor skóry… Wtedy będziemy mieć nagle bardzo dużo miejsca – jeśli dopisze nam szczęście. A jeśli nie, może zrobić się gorąco.
– Tutaj nikt nie trudzi się monitoringiem. Jeśli ktoś kogoś zabije, po prostu wynoszą ciało. Jeśli ktoś kradnie, sprzedawca musi sam sobie radzić – odpowiedziałem tylko, wzruszając ramionami. W istocie mało mnie obchodził ich chory, wypaczony świat, w którym sami siebie obwołali rasą rządzącą, najlepszą i najczystszą.
Szedłem z nią cały czas, starając się nie oddalić na więcej niż kilka metrów, ale to było trudnym zadaniem w tym miejscu. Co chwila coś nas rozdzielało, ktoś się przeciskał w każdą stronę, a już najchętniej prostopadle do mojego kierunku ruchu, tym samym wpadając mi pod nogi. Jednak cały czas miałem księżniczkę w zasięgu wzroku. Właśnie szedłem krok w krok za nią, kiedy nagle kazała mi się zatrzymać i o mało na nią nie wpadłem, dodatkowo popychany z tyłu przez tłum płynący z prądem niczym rzeka. Przez chwilę się wahałem, lecz w końcu usunąłem się z drogi i podążyłem za nią spojrzeniem. Mimo że rozmawialiśmy nieco swobodniej, nie zamierzałem zapomnieć kim jestem i na jakiej pozycji się znalazłem. Najwidoczniej chciała tylko coś zobaczyć, może kupić. Skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej i czekałem.
Wróciła i bez słowa ruszyliśmy dalej. Minęliśmy największych krzykaczy, którzy nawoływali do kupna niemal wszystkiego, a koło których nie dało się rozmawiać, jeśli również nie wydzierało się na całe gardło. Teraz przed nami rozciągał się sektor bardziej szemrany. Tutaj było luźniej, bowiem porządni Vashirzy raczej omijali to miejsce. Gdzieniegdzie rozbite były namioty pozszywane z różnych kawałków tkanin, o powierzchni mieszczącej tylko jeden podwójny materac. Szybki numerek w czasie zakupów środków odurzających? Tutaj sprzedawano wszystko, dlatego można było kupić nawet czyjeś ciało.
Zerknąłem przez ramię na księżniczkę.
– Co bogatsi z kupców mają swoje specjalne patrole. Strażników wmieszanych w tłum. Łatwo ich zobaczyć, jeśli człowiek ma wprawione oko – wytłumaczyłem, wskazując skinieniem głowy na niskiego Vashira krążącego dookoła jednego takiego namiotu. – W tej części się nie kradnie, o ile nie chce się przypłacić życiem. Tutaj kwitnie nielegalna działalność. Chodźmy, jeśli chcesz zobaczyć coś prawdziwego w tym mieście – dodałem, po czym ruszyłem prosto w stronę namiotów.
Tutaj ławy z przedmiotami były w lepszym stanie i nie cuchnęło tak bardzo. Nie było tu produktów żywieniowych, za to znajdowały się inne ciekawe rzeczy. Na jednym kramie rozłożona była broń w najróżniejszym stanie – od pordzewiałych, starych sztyletów aż po wypolerowane miecze – na innym zaś jakieś nieznane mi metalowe mechanizmy. Poza tym bezwstydnie na półkach leżał zwykły alkohol i zioła, których nie sprzedawano w innych częściach rynku. No i były medykamenty. Nieopisane, nie wiadomo z czego.
Skręciliśmy w węższą uliczkę i stanąłem nagle oko w oko z Vashirijką ubraną tak skąpo, że więcej ciała miała odsłoniętego niż przykrytego. Piersi opinał jej półprzezroczysty materiał, który wyraźnie zarysowywał ciemne sutki. Ciało miała pokryte błyszczącymi, srebrnymi tatuażami wyraźnie widocznymi na ciemnofioletowej skórze – to była droga usługa i stąd można było wywnioskować, że była ekskluzywną prostytutką, jeśli coś takiego istnieje. Dodatkowo była obwieszona biżuterią, a jej długie czarne włosy były związane w liczne warkoczyki, w które wplątała kolejne ozdoby. Uśmiechnęła się drapieżnie na mój widok, ledwie zerkając na towarzyszącą mi zakapturzoną postać. Podniosła rękę i opuszkami palców przesunęła lubieżnie po moim policzku. Niczego nie powiedziała. Skrzywiłem się. One dla pieniędzy nie brzydziły się nawet nami, Vashirami-wojownikami. Jako jedyne, zapewne.
– Nie jestem zainteresowany – powiedziałem chłodno, odtrącając jej dłoń i mijając ją łukiem.
Niemal popchnąłem księżniczkę, żeby szła szybciej, jednak w porę się powstrzymałem. Czułem na plecach palące spojrzenie dziwki. Nagle do głowy przyszła mi jedna myśl. A skoro umówiliśmy się na swobodę słownictwa i rozmowy…
– Czy wasza rasa też ma dziwki? – wypaliłem, patrząc na kaptur księżniczki, który zakrywał jej twarz. Niemal delektowałem się tym pytaniem. – Nigdy nie widziałem żadnej tu, w Dzikim Mieście, ale przyznaję się otwarcie, że nigdy też nie widziałem waszej stolicy.