Seth
Jeśli liczyłem na jakieś
obrzydzenie albo niechęć księżniczki, to sporo się przeliczyłem. Wydawała się
nieporuszona, chociaż kto wie co kryje się pod tą ich idealną maską obojętności
i chłodu? Pewnie same psychopatyczne skłonności. Może wyświadczyłem jej
przysługę w ten sposób? W każdym razie, jeśli nie chciałem aby kobieta nabrała
podejrzeń – a nie chciałem i to przez wzgląd na mojego pana, a nie jej groźby –
musiałem wykonywać jej rozkazy dokładnie. Pokazać jej to, co zapewne ukryłby
Justal. Przekonać, że z nią współpracuję.
Kiedy się ruszyła, przez chwilę
wydawało mi się, że się waha. Ale bez satysfakcji z tej obserwacji ruszyłem z
nią w tłum. W końcu sam musiałem przeciskać się teraz między kobietami z
dziećmi, a biegnącymi w każdą stronę nastolatkami i dorosłymi. Szturchanie,
wbijanie łokci i przepychanie się było tu na porządku dziennym. Prawie też
straciłem oko po tym, jak jakiś idiota odwrócił się gwałtownie, na ramieniu
trzymając wędki, których czasy świetności dawno minęły. Mimo wszystkich
niedogodności, czułem się tu niezwykle… wygodnie. Jakbym znów był małym
chłopakiem biegającym po rynku bez opieki z innymi dzieciakami, które
wychowywała ulica, plątając się pod nogami i kradnąc drobne rzeczy. Jakbym był
znów tym wolnym duchem, który, chociaż urodził się na gorszej pozycji, o złym
kolorze skóry i oczu, mógł o sobie decydować.
Przysunąłem się bliżej
księżniczki, gdy zaczęła mówić. „Jednostki rodzicielskie”? Wyraźnie uniosłem
obie brwi na dźwięk tego wyrażenia. Zdałem też sobie nagle sprawę, że trzymam
dłoń na rękojeści miecza. Jeśli ktoś tu zauważy jej kolor skóry… Wtedy będziemy
mieć nagle bardzo dużo miejsca – jeśli dopisze nam szczęście. A jeśli nie, może
zrobić się gorąco.
– Tutaj nikt nie trudzi się
monitoringiem. Jeśli ktoś kogoś zabije, po prostu wynoszą ciało. Jeśli ktoś
kradnie, sprzedawca musi sam sobie radzić – odpowiedziałem tylko, wzruszając
ramionami. W istocie mało mnie obchodził ich chory, wypaczony świat, w którym
sami siebie obwołali rasą rządzącą, najlepszą i najczystszą.
Szedłem z nią cały czas, starając
się nie oddalić na więcej niż kilka metrów, ale to było trudnym zadaniem w tym
miejscu. Co chwila coś nas rozdzielało, ktoś się przeciskał w każdą stronę, a
już najchętniej prostopadle do mojego kierunku ruchu, tym samym wpadając mi pod
nogi. Jednak cały czas miałem księżniczkę w zasięgu wzroku. Właśnie szedłem
krok w krok za nią, kiedy nagle kazała mi się zatrzymać i o mało na nią nie
wpadłem, dodatkowo popychany z tyłu przez tłum płynący z prądem niczym rzeka.
Przez chwilę się wahałem, lecz w końcu usunąłem się z drogi i podążyłem za nią
spojrzeniem. Mimo że rozmawialiśmy nieco swobodniej, nie zamierzałem zapomnieć
kim jestem i na jakiej pozycji się znalazłem. Najwidoczniej chciała tylko coś
zobaczyć, może kupić. Skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej i czekałem.
Wróciła i bez słowa ruszyliśmy
dalej. Minęliśmy największych krzykaczy, którzy nawoływali do kupna niemal
wszystkiego, a koło których nie dało się rozmawiać, jeśli również nie
wydzierało się na całe gardło. Teraz przed nami rozciągał się sektor bardziej
szemrany. Tutaj było luźniej, bowiem porządni Vashirzy raczej omijali to
miejsce. Gdzieniegdzie rozbite były namioty pozszywane z różnych kawałków
tkanin, o powierzchni mieszczącej tylko jeden podwójny materac. Szybki numerek
w czasie zakupów środków odurzających? Tutaj sprzedawano wszystko, dlatego
można było kupić nawet czyjeś ciało.
Zerknąłem przez ramię na
księżniczkę.
– Co bogatsi z kupców mają
swoje specjalne patrole. Strażników wmieszanych w tłum. Łatwo ich zobaczyć,
jeśli człowiek ma wprawione oko – wytłumaczyłem, wskazując skinieniem głowy na
niskiego Vashira krążącego dookoła jednego takiego namiotu. – W tej części się
nie kradnie, o ile nie chce się przypłacić życiem. Tutaj kwitnie nielegalna
działalność. Chodźmy, jeśli chcesz zobaczyć coś prawdziwego w tym mieście –
dodałem, po czym ruszyłem prosto w stronę namiotów.
Tutaj ławy z przedmiotami były w
lepszym stanie i nie cuchnęło tak bardzo. Nie było tu produktów żywieniowych,
za to znajdowały się inne ciekawe rzeczy. Na jednym kramie rozłożona była broń
w najróżniejszym stanie – od pordzewiałych, starych sztyletów aż po
wypolerowane miecze – na innym zaś jakieś nieznane mi metalowe mechanizmy. Poza
tym bezwstydnie na półkach leżał zwykły alkohol i zioła, których nie sprzedawano
w innych częściach rynku. No i były medykamenty. Nieopisane, nie wiadomo z
czego.
Skręciliśmy w węższą uliczkę i
stanąłem nagle oko w oko z Vashirijką ubraną tak skąpo, że więcej ciała miała
odsłoniętego niż przykrytego. Piersi opinał jej półprzezroczysty materiał,
który wyraźnie zarysowywał ciemne sutki. Ciało miała pokryte błyszczącymi,
srebrnymi tatuażami wyraźnie widocznymi na ciemnofioletowej skórze – to była
droga usługa i stąd można było wywnioskować, że była ekskluzywną prostytutką,
jeśli coś takiego istnieje. Dodatkowo była obwieszona biżuterią, a jej długie czarne
włosy były związane w liczne warkoczyki, w które wplątała kolejne ozdoby. Uśmiechnęła
się drapieżnie na mój widok, ledwie zerkając na towarzyszącą mi zakapturzoną
postać. Podniosła rękę i opuszkami palców przesunęła lubieżnie po moim
policzku. Niczego nie powiedziała. Skrzywiłem się. One dla pieniędzy nie
brzydziły się nawet nami, Vashirami-wojownikami. Jako jedyne, zapewne.
– Nie jestem zainteresowany –
powiedziałem chłodno, odtrącając jej dłoń i mijając ją łukiem.
Niemal popchnąłem księżniczkę,
żeby szła szybciej, jednak w porę się powstrzymałem. Czułem na plecach palące
spojrzenie dziwki. Nagle do głowy przyszła mi jedna myśl. A skoro umówiliśmy
się na swobodę słownictwa i rozmowy…
– Czy wasza rasa też ma
dziwki? – wypaliłem, patrząc na kaptur księżniczki, który zakrywał jej twarz.
Niemal delektowałem się tym pytaniem. – Nigdy nie widziałem żadnej tu, w Dzikim
Mieście, ale przyznaję się otwarcie, że nigdy też nie widziałem waszej stolicy.