sobota, 8 kwietnia 2017

26.


Amarantha
        Czułam, że wydaję na siebie wyrok śmierci. To na co miałam zamiar się machnąć, wymagało ode mnie zdecydowanie zbyt wiele. Jako rodowity Kasandros ... miałam upaść tak nisko jak się da. Czasami jednak dla wyższego dobra, jako kolejny pionek w ich grze, musiałam się poświecić. Do tej pory nie wiem, dlaczego to ja zostałam wysłana do nich a nie Hieanthia lub Nearianna. Starsze, "bardziej doświadczone" jak i również nie były "wadliwe", w przeciwieństwie do mnie.
             Nuta rozgoryczenia i wściekłości przemknęła przez me ciało, jednak nie wydostała się spod płaszcza, tak by ktokolwiek poza mą osobą o tym wiedział. Dzielnie radziłam sobie z swymi problemami. Z resztą musiałam, jeśli chciałam żyć, a mają za "rodziców" tak potężne istoty, nie było mowy o wpadkach czy tanich kłamstewkach.
         Oczywiście odkąd opuściliśmy tereny pałacu, nie przestawałam się rozglądać. Tym razem miałam wszystko z innej perspektywy, również nic mnie nie rozpraszało, więc miałam ułatwione zdecydowanie zadanie. Ten Vashir nie wiedział nawet w czym mi właśnie pomaga.
        - Dobrze - mruknęłam gdy tylko usłyszałam jego słowa. Naprawdę ciężko było mi od tak przemilczeć to, jak się do mnie zwracał, nawet jeśli sama tego wymagałam. Byłam jednak również zadowolona, bowiem sługa współpracował ze mną, nie zaś rzucał bale pod nogi, co tylko dodatkowo było mi pomocą w zadaniu.
        Powoli zbliżaliśmy się do celu. Zdecydowanie czułam to i to aż za dobrze. Wszelakie jednak odruchy nakazujące mi się zatrzymać i uciec z tego miejsca, stłumiłam w samym zarodku. Nie mogłam, powtarzam, nie mogłam teraz zrezygnować, bowiem wtedy wyszłabym na istotę słabą i nie wytrzymałą.
          To co jednak zobaczyłam  niezbyt mnie zaskoczyło. Warunki były naprawdę opłakane, tragiczne wręcz. Nie było to nadal dla mnie zaskoczeniem, bowiem doskonale byłam świadoma ich pozycji w społeczeństwie. Skoro stali najniżej, nikt z wyżej postawionych osób nie przejmował się tym miejscem. Nie widzieli powodu, mieli miejsce dla siebie i jego się trzymali. Do tej pory nie wierzyłam jednak, iż tutaj stałam. Ile bym jednak dała by moje kochane siostrzyczki były zamiast mej osoby tutaj. Ich idealne twarze zaraz by się krzywiły, na głos ogłosiłby iż za żadne skarby nie pozwolą się tak skalać! Oczywiste było, iż miałam takie same podejście do tego, z tym, że ja doskonale wiedziałam co się stanie, jeśli nie wypełnię swych obowiązków.
         Wbrew wszelkim okolicznościom, wbrew sobie przede wszystkim, wzięłam naprawdę głęboki wdech i wydech. Mój żołądek co prawda właśnie zaczął robić fikołki a drobne ciało wstrząsnęło się od pierwszych konwulsji ale ... nic poza tym się nie działo.
         Sługa ponownie się odezwał tym samym ściągając na siebie me spojrzenie. Chciałam krzyknąć " Nie ma mowy bym postawiła tam swoją stopę!" lub " chyba oszalałeś!" ale nie, nic takiego nie wyszło z mych ust. Z obojętnością w głowie odezwałam się i ja.
        - Oczywiście. Nie ma co marnować dnia. - moje stopy odmawiały mi posłuszeństwa. Byłam do cholery wielką księżniczką! Swymi mocami dorównywałam niemal królowi i królowej! Jakim cudem pozwalałam sobie na coś takiego? Okropieństwo godne pożałowania ... 
         W końcu postąpiłam pierwszy krok. Dosyć niepewny ale .. za nim poszedł kolejny i kolejny. Wchodziłam właśnie na tereny obce mi, a jedyne kogo miałam po swej stronie, to jeden z nich. Cholera, to nie mogło się skończyć dobrze.
         Musiałam chwilami oddychać przez usta a gdy tylko ktoś koło mnie przechodził mimowolnie "uciekałam" na bok, nawet jeśli płaszcz był idealną ochroną dla mnie. Tyle bodźców na raz mnie atakowało. Nie wiedziałam co mam ze sobą począć, jak reagować. Po raz kolejny byłam rzucona na głęboką wodę.
            - Szczerze mówiąc nie jestem pewna jak dokładnie wygląda nasz rynek, chociaż pewnie w niektórych aspektach może być podobny do waszego. Wiem tyle, że wszędzie, dosłownie wszędzie są ... drony moich jednostek rodzicielskich. Pieszczotliwie zwane przez naszych służących " Królewskie gały". To zatem uniemożliwia ... jakiekolwiek niezgodne z prawem zachowania. - tutaj  podzieliłam się z nim kawałkiem wiedzy o moim świecie, aczkolwiek nie sądziłam by go to w jakikolwiek sposób interesowało. Mimo to, i ja musiałam się do niego odzywać, to też to czyniłam.
       Zatrzymałam się na chwilę przy stoisku. Przelotnie spojrzałam na to co mieli a następnie ruszyłam dalej. Głowa jednak co chwila latała mi to na lewo, to na prawo, raz wyżej raz niżej. Dosłownie pożerałam to miejsce wzrokiem. Co jakiś czas musiałam również spoglądać pod stopy, bowiem to w różne rzeczy miejscami można było wdepnąć. 
       W między czasie zwiedzania, musiałam zostawić jedną rzecz tutaj. Sięgnęłam do kieszonki ukrytej w wewnętrznej części płaszcza a następnie wymacałam jej wnętrze. Jedna z kilku małych kuleczek w końcu znalazła się w mej ręce. Gdy jakiś większy tłum przechodził koło nas, ja upuściłam przedmiot a następnie uruchomiłam tryb maskujący, aby przypadkiem nikt go nie znalazł. Musiał leżeć na swoim miejscu. Pierwszy sygnał właśnie dotarł do pary królewskiej. 
        Mimo wszystko uśmiechnęłam się zadowolona. Na dziś musiałam jeszcze przynajmniej trzy rozmieścić ... Dopiero wtedy będę mogła z czystym sumieniem zdać raport dzienny.
        - Z tego co widzę jest to dosyć rozległe miejsce - mruknęłam gdy skręciliśmy na prawo a stoiskom nie było końca. Było tutaj naprawdę wiele, wiele rzeczy. Jednak jedno stoisko ... spowodowało iż się gwałtownie zatrzymałam. Była tutaj biżuteria i chociaż może dosyć misterna w porównaniu z tym co ja miałam, ba, nie było w niej szlachetności, to jednak ... jeden przedmiot połyskiwał i mnie niemal wzywał. Chciałam to mieć.
        - Zatrzymaj się - rzekłam a następnie podeszłam do sprzedawczyni zapytać się o cenę. Trochę ciężko było mi ją zrozumieć, chociaż by przez to, że potwornie sepleniła ale ... w miarę wiedziałam co i jak. Nie mogłam zapłacić jej biżuterią, bowiem to by było zbyt podejrzane, szczególnie że głównie były to mechanizmy umożliwiające mi samoobronę ale ... miałam jedną taką.  Co prawda naszyjnik był i tak o niebo wyższej jakości niż to, ale był "prezentem" od królowej i źle mi się kojarzył. Próbowałam go zniszczyć wiele razy byleby tylko mieć wymówkę na wyrzucenie go. Nie udawało mi się i koniec końców zakładałam go co jakiś czas, chociaż coś w nim uszkodziłam i nie współgrał już ze mną jak należy. Medalion był ze srebra ale przetarty miejscami i już nie aż tak błyszczący. Kamień szlachetny jednak podnosił wartość i koniec końców udało mi się załatwić drobny utarg. To, co wpadło mi w oko to okrągłe puzderko z motywem księżyca  na górze. Ktoś jednak miał talent i dostęp do dobrych kolorów, bowiem ze starannością oddano szczegóły. Miejscami lśniła też srebrzysta farba, co wydawało mi się nieco podejrzane ale ... mniejsza już z tym. Nie było to duże opakowanie, ale na przechowanie czegoś mniejszego się mieściło. 
        Dosyć niewyraźnie wymruczałam coś, co mogło uchodzić za podziękowanie, było głośno więc aż tak nie musiałam się do tego zmuszać, a następnie wróciłam do mojego towarzysza. Puzderko tkwiło bezpiecznie w mej kieszeni to też mogliśmy ruszać dalej.