sobota, 8 kwietnia 2017

25.

Seth

Przyjąłem jej odpowiedź krótkim skinieniem głowy, poczekałem aż wejdzie do pomieszczenia, po czym odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Postanowiłem, że w takich okolicznościach lepiej nie iść za nią – w zamku Szlachcic wszystko do ukrycia z pewnością miał dobrze zabezpieczone, a nie chciałem narazić się na łatwe wykrycie. W końcu poleceniem mojego pana było również aby uważać i nie dać się złapać. Skoro jednak miałem aż godzinę, postanowiłem zjeść śniadanie i po prostu chwilę posiedzieć w ogrodach Justala, gdzie istniała jedyna namiastka przyrody w całym Dzikim Mieście. Kiedy zbliżyła się godzina spotkania – ten czas, który mogłem spędzić jak mi się podobało był zdecydowanie zbyt krótki i zdarzał się zbyt rzadko – ruszyłem w stronę głównego wejścia. Nie czekałem nawet trzech minut, a pojawiła się również księżniczka.
Nie byłem chyba gotowy na to, co miała do powiedzenia. Poczułem jedynie ukłucie irytacji. Liczyła na to, że niczego nie powiem? Ale sama nie podpisała pierdolonego Kontraktu, mimo że jasno i wyraźnie jej o nim powiedziałem, nawet nie starając się trzymać tego w ukryciu. A następnie jeszcze zaczęła mi grozić… Jakbym codzienną pracą dla jej chorej rasy nie ryzykował życiem i zdrowiem. Nie sądziła chyba, że w grożeniu była lepsza niż Justal? Albo którykolwiek pierwszy lepszy Kasandros niższego pochodzenia? Oni wszyscy się na tym znali – ale kiedy przychodziło do logicznego myślenia, żaden z nich się nie wysilał. Księżniczka najwyraźniej również.
Używała mnie jak przedmiotu i najwidoczniej tak samo o mnie myślała, o całej mojej rasie… I w sumie nim właśnie byłem przez podpisanie Kontraktu, zmuszony do robienia rzeczy, które mi kazano robić, nie mogąc sprzeciwić się słowu właściciela. A jednak, czy kiedykolwiek groziła młotkowi? Czy wściekała się na okno, że przepuszcza światło? Czy miała pretensje do tego swojego mechanicznego konia, że porusza się zgodnie z jej wolą? Chyba nie, o ile nie była psychiczna.
Impertynencka suka.
–Naturalnie, pani – odpowiedziałem jednocześnie z całkowitą powagą.
Najwyraźniej jednak rozkazów nigdy za wiele. Cierpliwie słuchałem całego jej monologu, zapamiętując każde jej słowo tak, żeby później wszystko powtórzyć mojemu panu wedle jego instrukcji. Muszę przyznać, że cały jej pomysł był wręcz zadziwiający. Obrzydliwy i odpychający, a jednak w jakiś sposób bardzo dokładny i całkiem nieźle przemyślany – przynajmniej jak na kogoś, kto wykazuje tak małą umiejętność logicznego myślenia i tak wielką ignorancję. Na myśl o tym, że miałbym jej mówić po imieniu, choćby zmyślonym, poczułem się jakby ktoś mi wepchnął kołek między łopatki. Niewygodnie. Dziwnie. I człowiek od razu chce to wyjąć i powiedzieć, że się nie zgadza.
Ja nie miałem wyboru. A jednak postanowiłem wykorzystać sytuację na tyle, na ile się odważyłem, choć większość Vashirów pewnie nigdy by o to nie poprosiło.
– Przepraszam, pani, mam jedną prośbę – zacząłem spokojnym głosem, upewniwszy się wcześniej że skończyła już mówić. – Jeśli mamy rozmawiać… niczym znajomi – to słowo paliło mnie w gardle. Nigdy nie chciałbym być znajomym z kimś takim, nigdy nie chciałbym upaść do tego poziomu. – Czy mogę prosić o pewną swobodę w naszej rozmowie? Ciężko będzie zastanawiać się nad każdym słowem, o ile mamy wyglądać naturalnie.
Przyznam, że serce biło mi szybciej przez kilka sekund, aż w końcu kobieta się zgodziła. Sam się chyba zdziwiłem, ale nie zamierzałem dyskutować. Kiedy ruszyła, jakimś cudem zmusiłem się do zrównania z nią, a nie tylko do podążania za nią. Jednak skoro samą trudność sprawiało mi chodzenie obok niej, już wyobrażałem sobie jak ciężki będzie dzisiejszy dzień. Ten teatr, który mam odegrać, jeden przed publicznością jakim było miasto, a drugi przed nią dla Szlachcica. Stłumiłem westchnienie.
Miała na sobie płaszcz, który zakrywał jej twarz, kolor skóry i rasę, tak więc nie musiałem się obawiać tej jednej rzeczy, że ludzie zauważą Vashira rozmawiającego z Kasandrosem. Oczywiście zrobiła to dla siebie… No bo pokazywać się z tym dzikim zwierzęciem? W myślach niemal usłyszałem prychnięcie kobiety.
Początek drogi przeszliśmy w milczeniu, głównie dlatego, że nie było przed kim udawać. Musiałem kilka razy w głowie powtórzyć sobie „Mów do jednego z najważniejszych Kasandrosów w kraju po imieniu”, jedynie jakiś tysiąc razy. A i tak było to zbyt nienaturalne, niewygodne i dziwaczne. Nie sądziłem, że uda mi się to zrobić naprawdę, nie po tych wszystkich latach…
Postanowiłem, że na pierwszy ogień pójdzie rynek Vashirów. Tam zawsze był tłum, choć o ten godzinie będzie nawet znośny i być może będzie się dało przejść, nie przeciskając się między spoconymi ciałami. Nie tylko chciałem, żeby księżniczka wytarzała się w pocie niemytych od tygodni ciał, oblepiła kurzem niesprzątanych ulic i doświadczyła tego, jak traktowani są jej idealni słudzy. Nawet nie liczyłem na to, że obudzę w niej współczucie czy zrozumienie. Po prostu rynek wydawał się pierwszą częścią Dzikiego Miasta, które warto było zobaczyć, kręcili się tam ciekawi ludzie i znajdowały różne mniej lub bardziej szemrane miejsca.
Wciąż jednak ogromną nadzieję pokładałem w tym, że ktoś wytrze w nią niemytą, spoconą pachę. Prawie uśmiechnąłem się pod nosem na tą myśl.
– Najpierw pokażę… ci – jakimś cudem wycisnąłem to z gardła, chociaż paliło żywym ogniem – nasz rynek. To żaden z tych, które pewnie znasz, o uporządkowanym handlu i sprawdzonych towarach. Niczego nie dotykaj, zwłaszcza jedzenia. Nie można zapewnić, że rzeczy tam leżące nie są trucizną, o ile naprawdę się na tym nie zna – powiedziałem, wzruszając ramionami.
W głowie wciąż tłukło mi się pytanie, na które pewnie będę musiał znaleźć odpowiedź: po co chce zobaczyć tą część miasta, której nie pokaże jej Justal?
Już po chwili znaleźliśmy się na miejscu. Plac był spory, otoczony wysokimi budynkami, których pochodzenie dało się określić przez ich tragiczny stan. Większość z nich była podupadła, połowa pewnie groziła zawaleniem – bo druga połowa już miała oberwane stropy czy dachy, a nawet wielkie dziury w ścianach. Sam plac pokryty był dziesiątkami krzywych, brudnych ław ustawionych bez ładu i składu, na których leżały setki najróżniej wyglądających produktów. Dało się tu znaleźć wszystko, co potrzeba na obiad, a nawet o wiele więcej w kwestii średnio jadalnych rzeczy. Były też zielarki, choć tych widać było znacznie mniej. Poza produktami do spożycia dla odważnych, można tu było kupić alkohol z liściokrzewu, który sam z siebie był trujący, lea ten trunek powodował tylko mocne halucynacje. Były narkotyki, ale tylko dla tych, którzy wiedzieli gdzie szukać. Co więcej, można było kupić tu mechaniczne kończyny niewiadomego pochodzenia, choć tylko na Czarnym Rynku, to był pilnie strzeżony towar. W centralnej części znajdowały się dzikie, żywe zwierzęta i tam wyjątkowo śmierdziało, bo jeśli właściciele nie mieli jak się myć, to nie można było nawet myśleć o ich pupilach. Nieco w kącie, w zachodniej części znajdowały się kramy ze smażonymi przekąskami, a ich zapach – ten był kuszący – roznosił się po całym placu.  Oprócz tego były tu meble, dywany, gobeliny, ubrania i pewnie tysiące innych rzeczy do codziennego użytku.
I wszędzie, wszędzie kręcili się ludzie, całe tabuny ciemnoskórych Vashirów.
Spojrzałem kątem oka na księżniczkę.
– Wchodzimy? – zapytałem neutralnym głosem, chociaż kusiło mnie do krzywego uśmieszku. Mimo wszystko, ona wciąż była ode mnie tysiąc razy wyżej w hierarchii.