Seth
Przyjąłem jej odpowiedź krótkim
skinieniem głowy, poczekałem aż wejdzie do pomieszczenia, po czym odwróciłem
się na pięcie i odszedłem. Postanowiłem, że w takich okolicznościach lepiej nie
iść za nią – w zamku Szlachcic wszystko do ukrycia z pewnością miał dobrze
zabezpieczone, a nie chciałem narazić się na łatwe wykrycie. W końcu poleceniem
mojego pana było również aby uważać i nie dać się złapać. Skoro jednak miałem
aż godzinę, postanowiłem zjeść śniadanie i po prostu chwilę posiedzieć w
ogrodach Justala, gdzie istniała jedyna namiastka przyrody w całym Dzikim
Mieście. Kiedy zbliżyła się godzina spotkania – ten czas, który mogłem spędzić
jak mi się podobało był zdecydowanie zbyt krótki i zdarzał się zbyt rzadko –
ruszyłem w stronę głównego wejścia. Nie czekałem nawet trzech minut, a pojawiła
się również księżniczka.
Nie byłem chyba gotowy na to, co
miała do powiedzenia. Poczułem jedynie ukłucie irytacji. Liczyła na to, że
niczego nie powiem? Ale sama nie podpisała pierdolonego Kontraktu, mimo że
jasno i wyraźnie jej o nim powiedziałem, nawet nie starając się trzymać tego w
ukryciu. A następnie jeszcze zaczęła mi grozić… Jakbym codzienną pracą dla jej chorej
rasy nie ryzykował życiem i zdrowiem. Nie sądziła chyba, że w grożeniu była
lepsza niż Justal? Albo którykolwiek pierwszy lepszy Kasandros niższego
pochodzenia? Oni wszyscy się na tym znali – ale kiedy przychodziło do
logicznego myślenia, żaden z nich się nie wysilał. Księżniczka najwyraźniej
również.
Używała mnie jak przedmiotu i
najwidoczniej tak samo o mnie myślała, o całej mojej rasie… I w sumie nim
właśnie byłem przez podpisanie Kontraktu, zmuszony do robienia rzeczy, które mi
kazano robić, nie mogąc sprzeciwić się słowu właściciela. A jednak, czy
kiedykolwiek groziła młotkowi? Czy wściekała się na okno, że przepuszcza
światło? Czy miała pretensje do tego swojego mechanicznego konia, że porusza
się zgodnie z jej wolą? Chyba nie, o ile nie była psychiczna.
Impertynencka suka.
–Naturalnie, pani –
odpowiedziałem jednocześnie z całkowitą powagą.
Najwyraźniej jednak rozkazów
nigdy za wiele. Cierpliwie słuchałem całego jej monologu, zapamiętując każde
jej słowo tak, żeby później wszystko powtórzyć mojemu panu wedle jego
instrukcji. Muszę przyznać, że cały jej pomysł był wręcz zadziwiający.
Obrzydliwy i odpychający, a jednak w jakiś sposób bardzo dokładny i całkiem
nieźle przemyślany – przynajmniej jak na kogoś, kto wykazuje tak małą umiejętność
logicznego myślenia i tak wielką ignorancję. Na myśl o tym, że miałbym jej
mówić po imieniu, choćby zmyślonym, poczułem się jakby ktoś mi wepchnął kołek
między łopatki. Niewygodnie. Dziwnie. I człowiek od razu chce to wyjąć i
powiedzieć, że się nie zgadza.
Ja nie miałem wyboru. A jednak
postanowiłem wykorzystać sytuację na tyle, na ile się odważyłem, choć większość
Vashirów pewnie nigdy by o to nie poprosiło.
– Przepraszam, pani, mam
jedną prośbę – zacząłem spokojnym głosem, upewniwszy się wcześniej że skończyła
już mówić. – Jeśli mamy rozmawiać… niczym znajomi – to słowo paliło mnie w
gardle. Nigdy nie chciałbym być znajomym z kimś takim, nigdy nie chciałbym
upaść do tego poziomu. – Czy mogę prosić o pewną swobodę w naszej rozmowie?
Ciężko będzie zastanawiać się nad każdym słowem, o ile mamy wyglądać
naturalnie.
Przyznam, że serce biło mi
szybciej przez kilka sekund, aż w końcu kobieta się zgodziła. Sam się chyba
zdziwiłem, ale nie zamierzałem dyskutować. Kiedy ruszyła, jakimś cudem zmusiłem
się do zrównania z nią, a nie tylko do podążania za nią. Jednak skoro samą
trudność sprawiało mi chodzenie obok niej, już wyobrażałem sobie jak ciężki
będzie dzisiejszy dzień. Ten teatr, który mam odegrać, jeden przed
publicznością jakim było miasto, a drugi przed nią dla Szlachcica. Stłumiłem
westchnienie.
Miała na sobie płaszcz, który
zakrywał jej twarz, kolor skóry i rasę, tak więc nie musiałem się obawiać tej
jednej rzeczy, że ludzie zauważą Vashira rozmawiającego z Kasandrosem.
Oczywiście zrobiła to dla siebie… No bo pokazywać się z tym dzikim zwierzęciem?
W myślach niemal usłyszałem prychnięcie kobiety.
Początek drogi przeszliśmy w
milczeniu, głównie dlatego, że nie było przed kim udawać. Musiałem kilka razy w
głowie powtórzyć sobie „Mów do jednego z najważniejszych Kasandrosów w kraju po
imieniu”, jedynie jakiś tysiąc razy. A i tak było to zbyt nienaturalne,
niewygodne i dziwaczne. Nie sądziłem, że uda mi się to zrobić naprawdę, nie po
tych wszystkich latach…
Postanowiłem, że na pierwszy
ogień pójdzie rynek Vashirów. Tam zawsze był tłum, choć o ten godzinie będzie
nawet znośny i być może będzie się dało przejść, nie przeciskając się między
spoconymi ciałami. Nie tylko chciałem, żeby księżniczka wytarzała się w pocie
niemytych od tygodni ciał, oblepiła kurzem niesprzątanych ulic i doświadczyła
tego, jak traktowani są jej idealni słudzy. Nawet nie liczyłem na to, że obudzę
w niej współczucie czy zrozumienie. Po prostu rynek wydawał się pierwszą częścią
Dzikiego Miasta, które warto było zobaczyć, kręcili się tam ciekawi ludzie i
znajdowały różne mniej lub bardziej szemrane miejsca.
Wciąż jednak ogromną nadzieję
pokładałem w tym, że ktoś wytrze w nią niemytą, spoconą pachę. Prawie
uśmiechnąłem się pod nosem na tą myśl.
– Najpierw pokażę… ci –
jakimś cudem wycisnąłem to z gardła, chociaż paliło żywym ogniem – nasz rynek.
To żaden z tych, które pewnie znasz, o uporządkowanym handlu i sprawdzonych towarach.
Niczego nie dotykaj, zwłaszcza jedzenia. Nie można zapewnić, że rzeczy tam
leżące nie są trucizną, o ile naprawdę się na tym nie zna – powiedziałem,
wzruszając ramionami.
W głowie wciąż tłukło mi się
pytanie, na które pewnie będę musiał znaleźć odpowiedź: po co chce zobaczyć tą
część miasta, której nie pokaże jej Justal?
Już po chwili znaleźliśmy się na
miejscu. Plac był spory, otoczony wysokimi budynkami, których pochodzenie dało
się określić przez ich tragiczny stan. Większość z nich była podupadła, połowa
pewnie groziła zawaleniem – bo druga połowa już miała oberwane stropy czy
dachy, a nawet wielkie dziury w ścianach. Sam plac pokryty był dziesiątkami
krzywych, brudnych ław ustawionych bez ładu i składu, na których leżały setki
najróżniej wyglądających produktów. Dało się tu znaleźć wszystko, co potrzeba
na obiad, a nawet o wiele więcej w kwestii średnio jadalnych rzeczy. Były też
zielarki, choć tych widać było znacznie mniej. Poza produktami do spożycia dla
odważnych, można tu było kupić alkohol z liściokrzewu, który sam z siebie był
trujący, lea ten trunek powodował tylko mocne halucynacje. Były narkotyki, ale
tylko dla tych, którzy wiedzieli gdzie szukać. Co więcej, można było kupić tu
mechaniczne kończyny niewiadomego pochodzenia, choć tylko na Czarnym Rynku, to
był pilnie strzeżony towar. W centralnej części znajdowały się dzikie, żywe
zwierzęta i tam wyjątkowo śmierdziało, bo jeśli właściciele nie mieli jak się
myć, to nie można było nawet myśleć o ich pupilach. Nieco w kącie, w zachodniej
części znajdowały się kramy ze smażonymi przekąskami, a ich zapach – ten był
kuszący – roznosił się po całym placu. Oprócz tego były tu meble, dywany, gobeliny,
ubrania i pewnie tysiące innych rzeczy do codziennego użytku.
I wszędzie, wszędzie kręcili się ludzie, całe tabuny ciemnoskórych Vashirów.
Spojrzałem kątem oka na
księżniczkę.
– Wchodzimy? – zapytałem
neutralnym głosem, chociaż kusiło mnie do krzywego uśmieszku. Mimo wszystko,
ona wciąż była ode mnie tysiąc razy wyżej w hierarchii.