piątek, 7 kwietnia 2017

21.


Seth

Zamilknąłem w połowie zdania mającego na celu ubliżyć matce garderobianej – wykłócała się o to, że nie dostanę starego stroju, a takiego jak wczorajsze wydać mi nie może i po moim stwierdzeniu, że będę chodził nago, zaczęła jeszcze mocniej podkreślać, że nic nie poradzi – i cały się spiąłem. Usłyszałem kroki wcześniej, ale już po kilku sekundach i ona się wreszcie zamknęła i zacisnęła mocno wargi tak, że utworzyły wąską kreskę.
Odwróciłem się wolno w kierunku, z którego dotarł do mnie głos. Mimo że słyszałem go od wczoraj, nie mógłbym go raczej pomylić z żadnym innym. Choć wszyscy byli wyniośli, nikt nie brzmiał aż tak bezczelnie i dumnie jak sama księżniczka. Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć albo chociaż się przywitać czy skłonić, garderobiana już wzięła się do odpowiedzi. Zgromiłem ją spojrzeniem za jawne kłamstwo i zrzucenie całej winy na mnie, mimo że przed sekundą jeszcze nie mogła mi ponoć dać żadnego nowego stroju. Ale ponieważ właśnie taksowała ją spojrzeniem sama Amarantha, mną się raczej nie przejęła.
– Ciekawe – syknąłem tylko pod nosem, na szczęście moja uwaga została przeoczona lub rozmyślnie zignorowana.
Nie wiedziałem, że jedno ubranie może sprawić tyle problemów. W końcu nie miałem nowego już od kilku… lat? Nic dziwnego, że nie zmieniano ubioru służącym i wojownikom, skoro pociągało to za sobą całą pierdoloną kawalkadę problemów i protokołów.
Kiedy księżniczka spojrzała na mnie, momentalnie przestało mi być do śmiechu. Czułem, że mimo iż mówi o zwykłym materiale, chodzi o coś zgoła ważniejszego. Skłoniłem się teraz, przypomniawszy sobie że wcześniej tego nie zrobiłem jak należy.
– Oczywiście – odpowiedziałem tylko krótko kiedy się wyprostowałem. Parzyłem wciąż kątem oka złym wzrokiem na garderobianą, która nie tylko nagle zainteresowała się podłogą, ale też zaczęła mieć mnóstwo papierkowej roboty i cały czas miała zajęte ręce. W międzyczasie zdążyła jeszcze przynieść jakieś ubranie. Mojej uwadze nie umknęło, że znów jest… Nowe. I ma inny krój.
Przebrać się. Spojrzałem na strój, który, o ile mi się nie przewidziało, zawierał najprawdziwsze złoto połyskujące w świetle dnia. Wziąłem je od garderobianej – która w jednej chwili stała się grzecznym sługą idealnym, głupia suka – i przez chwilę przyglądałem się strojowi z bliska z pewną konsternacją.
Po raz pierwszy spojrzałem w oczy księżniczce. Nie gdzieś obok, nie na usta, nie przelotnie. I zacisnąłem zęby mocniej tak, że zarysowały mi się kontury szczęki. Zadbałem o to, żeby w oczach nie odbijała się moja nienawiść i obrzydzenie na myśli, że ktoś tak okropny stoi tak blisko. Żeby nie widać było, że stoi przed nią ten inny Vashir. Czyż jednak samo spojrzenie jej na twarz nie mówiło wystarczająco? Odepchnąłem od siebie tą myśl, uspokoiłem pożar.
Byłem rzeczą, a nie osobą. Jeśli moja pani życzyła sobie, aby rozbierać się obok niej, robiłem to. Co prawda nie powiedziała tego wprost, ale „od razu” przy jej lakonicznym, zwięzłym sposobie wypowiadania się dało mi do zrozumienia, że nie ma czasu aby przedmiot przed nią stojący zaczął się wstydzić czy może jeszcze odczuwać coś tak… irracjonalnego… jak intymność. Nadal z mocno zaciśniętymi zębami, niemal zerwałem z siebie i tak już poszarpane i pokrwawione wczorajszego dnia ubranie.
Skórę na torsie miałem brudną od zakrzepłej, ciemnogranatowej krwi, swojej własnej oraz młodej dziewczyny. Z ran nie zostało już nic, tylko ta jedna głębsza na nodze wciąż nosiła ślad nienaturalnie szybko gojącej się blizny. Przeczesałem dłonią włosy i dopiero po kilku sekundach ostentacyjnego stania nago zacząłem ubierać swoje nowe ciuchy. Nie próbowałem się odwracać czy zakrywać – wątpiłem, żeby ten widok zawstydził księżniczkę, Kasandrosi przecież nie znali takiego uczucia, ale obraz granatowej od rumieńca twarzy garderobianej przynajmniej w pewnym stopniu rekompensował mi ten publiczny striptiz.
Kiedy wreszcie zapiąłem ostatni guzik, popatrzyłem w stronę księżniczki, tym razem jednak w ten zwykły, uległy, podporządkowany sposób, w jaki przystało Vashirom patrzeć na Kasandrosów. Stal na ramionach brzęczała cicho. Może była i ładna, pokazująca bogactwo, ale skradanie się skutecznie uniemożliwiała. Będę musiał się tym później zająć.
– Czy wszystko pasuje wystarczająco? – zapytałem grzecznie, choć słowa specjalnie powtórzyłem po niej.