piątek, 7 kwietnia 2017

19.



Seth

Najwidoczniej sama zainteresowana również pomyślała o tym samym, tyle że ona mogła, w przeciwieństwie do mnie, wypowiedzieć te słowa na głos. Przyglądałem się im spod półprzymkniętych powiek tak, aby nikt nie mógł mi zarzucić gapienia się wprost na swoich władców podczas posiłku i przysłuchiwania się ich rozmowom. Przez lata opracowałem kilka niezłych taktyk maskujących moje nienaturalne zainteresowanie i złość na istniejący porządek. Wytężyłem słuch, chociaż nie rozmawiali wcale szczególnie cicho i nie starali się być bynajmniej dyskretni.
„Mój prezent”. Skurwiel.
Zdziwiło mnie, z jaką siłą poczułem złość, zwłaszcza że jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że przestałem być inny. Przełknąłem ślinę, czując gorzki smak na języku. Jeszcze nie teraz. Nie, dopóki nie zwolni mnie ze służby sobie… Dopiero wtedy będę mógł myśleć, co mu zrobię kiedy staniemy twarzą w twarz. Dopiero wtedy będę mógł na poważnie zabrać się za swoją słodką zemstę.
Jedyne, co wydało mi się głupie w zachowaniu mojego pana – choć zwykle nie popełnia tak dziwnych błędów – to fakt, iż w ogóle wspomniał o tym, że mam zostać. Po co to mówił skoro teraz nie należę już do niego? Zmrużyłem oczy i wbiłem spojrzenie w profil Szlachcica, całkiem ostre i niebezpiecznie bezpośrednie. Może miał w tym jakiś cel… A może liczył na to, że księżniczka jeszcze nie przyzwyczaiła się do czegoś takiego jak Sługa Absolutny. W każdym razie lekceważenie kogoś o takich oczach było w mojej opinii grubym błędem. Na szczęście kobieta nie zauważyła tej dziwnej sprzeczności.
Za to znów poczułem dziwnie celowe spojrzenie w moją stronę. Nie przeniosłem wzroku, nie spojrzałem w jej stronę. Nie wypadało, a już szczególnie było to wykluczone kiedy siedziała przy stole, a ja stałem pod ścianą. Powinienem wyglądać jak posąg, nie jak żywa osoba. Ktoś, kto nie widzi i nie słyszy. Kto niczego nie powtórzy.
Kiedy kolacja dobiegła końca, większość wyszła z pomieszczenia, w tym sam Justal i księżniczka. Ponieważ nie dał żadnego wyraźnego znaku iż powinienem za nim iść, uznałem że nie ma mi nic do przekazania.
W końcu usłyszałem już wcześniej: „Moje wcześniejsze polecenia nadal są aktualne”. To nie ktoś, kto powtarzałby jedno polecenie dwa razy.
Dlatego posłusznie poszedłem za kobietą. Kiedy dotarła do swoich komnat, pożegnałem ją ukłonem, choć nawet nie spojrzała w moją stronę i zniknęła za zatrzaśniętymi drzwiami. Wobec tego pozwoliłem sobie tylko na ciche westchnienie, odwróciłem się i ruszyłem w dalszą drogę. Do mojego pokoju dzieliła mnie jeszcze spora odległość… Ciekawe, czy nie powinienem teraz z racji swojego nowego stanowiska dostać również nowej siedziby, która znajdowałaby się bliżej księżniczki? Prawie prychnąłem śmiechem na tą myśl. Służący, brudny Vashir mieszkający w pałacu wraz ze szlachtą? Dobre sobie. Z drugiej strony nie wiem, jakim cudem miałbym pilnować jej w nocy. Będę to jeszcze musiał przedyskutować z samą zainteresowaną lub, jeszcze lepiej, z Justalem, który wciąż tu rządził. A to będę musiał przesunąć przynajmniej o jeszcze jeden dzień ze względu na jego wyjazd.
Z tymi myślami wreszcie doszedłem do budynku dla służby, a później do izby będącej moim pokojem i bez zdejmowania i tak już zniszczonych ciuchów rzuciłem się na materac. Było już naprawdę późno, a ja dzisiaj sporo przeszedłem. Nagle zdawało mi się, że ten jeden dzień rozciągnął się na kilka dobrych tygodni.
Zasnąłem natychmiast, ale spałem płytko i często się budziłem. Takie już miałem przyzwyczajenia wojownika – podczas gdy innych ciężko było dobudzić, bo spali spokojnie, ja otwierałem oczy pod wpływem każdego głośniejszego szmeru czy szelestu.
Ranek dla mnie zaczynał się znów przed świtem, co znaczyło, że miałem mniej niż sześć godzin snu. A mimo to nie byłem zmęczony. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Po szybkim umyciu twarzy i rąk przeszedłem do pałacu i dotarłem na jego tyły, gdzie znajdowały się garderoby. Właśnie zacząłem się kłócić z pracującą tam kobietą o nowy strój, kiedy usłyszałem kroki.