Seth
Najwidoczniej sama zainteresowana
również pomyślała o tym samym, tyle że ona mogła, w przeciwieństwie do mnie,
wypowiedzieć te słowa na głos. Przyglądałem się im spod półprzymkniętych powiek
tak, aby nikt nie mógł mi zarzucić gapienia się wprost na swoich władców
podczas posiłku i przysłuchiwania się ich rozmowom. Przez lata opracowałem
kilka niezłych taktyk maskujących moje nienaturalne zainteresowanie i złość na
istniejący porządek. Wytężyłem słuch, chociaż nie rozmawiali wcale szczególnie
cicho i nie starali się być bynajmniej dyskretni.
„Mój
prezent”. Skurwiel.
Zdziwiło mnie, z jaką siłą
poczułem złość, zwłaszcza że jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że
przestałem być inny. Przełknąłem ślinę, czując gorzki smak na języku. Jeszcze
nie teraz. Nie, dopóki nie zwolni mnie ze służby sobie… Dopiero wtedy będę mógł
myśleć, co mu zrobię kiedy staniemy twarzą w twarz. Dopiero wtedy będę mógł na
poważnie zabrać się za swoją słodką zemstę.
Jedyne, co wydało mi się głupie w
zachowaniu mojego pana – choć zwykle nie popełnia tak dziwnych błędów – to fakt,
iż w ogóle wspomniał o tym, że mam zostać. Po co to mówił skoro teraz nie
należę już do niego? Zmrużyłem oczy i wbiłem spojrzenie w profil Szlachcica,
całkiem ostre i niebezpiecznie bezpośrednie. Może miał w tym jakiś cel… A może
liczył na to, że księżniczka jeszcze nie przyzwyczaiła się do czegoś takiego
jak Sługa Absolutny. W każdym razie lekceważenie kogoś o takich oczach było w
mojej opinii grubym błędem. Na szczęście kobieta nie zauważyła tej dziwnej
sprzeczności.
Za to znów poczułem dziwnie
celowe spojrzenie w moją stronę. Nie przeniosłem wzroku, nie spojrzałem w jej
stronę. Nie wypadało, a już szczególnie było to wykluczone kiedy siedziała przy
stole, a ja stałem pod ścianą. Powinienem wyglądać jak posąg, nie jak żywa
osoba. Ktoś, kto nie widzi i nie słyszy. Kto niczego nie powtórzy.
Kiedy kolacja dobiegła końca,
większość wyszła z pomieszczenia, w tym sam Justal i księżniczka. Ponieważ nie
dał żadnego wyraźnego znaku iż powinienem za nim iść, uznałem że nie ma mi nic
do przekazania.
W końcu usłyszałem już wcześniej:
„Moje wcześniejsze polecenia nadal są
aktualne”. To nie ktoś, kto powtarzałby jedno polecenie dwa razy.
Dlatego posłusznie poszedłem za
kobietą. Kiedy dotarła do swoich komnat, pożegnałem ją ukłonem, choć nawet nie
spojrzała w moją stronę i zniknęła za zatrzaśniętymi drzwiami. Wobec tego
pozwoliłem sobie tylko na ciche westchnienie, odwróciłem się i ruszyłem w
dalszą drogę. Do mojego pokoju dzieliła mnie jeszcze spora odległość… Ciekawe,
czy nie powinienem teraz z racji swojego nowego stanowiska dostać również nowej
siedziby, która znajdowałaby się bliżej księżniczki? Prawie prychnąłem śmiechem
na tą myśl. Służący, brudny Vashir mieszkający w pałacu wraz ze szlachtą? Dobre
sobie. Z drugiej strony nie wiem, jakim cudem miałbym pilnować jej w nocy. Będę
to jeszcze musiał przedyskutować z samą zainteresowaną lub, jeszcze lepiej, z Justalem,
który wciąż tu rządził. A to będę musiał przesunąć przynajmniej o jeszcze jeden
dzień ze względu na jego wyjazd.
Z tymi myślami wreszcie doszedłem
do budynku dla służby, a później do izby będącej moim pokojem i bez zdejmowania
i tak już zniszczonych ciuchów rzuciłem się na materac. Było już naprawdę
późno, a ja dzisiaj sporo przeszedłem. Nagle zdawało mi się, że ten jeden dzień
rozciągnął się na kilka dobrych tygodni.
Zasnąłem natychmiast, ale spałem
płytko i często się budziłem. Takie już miałem przyzwyczajenia wojownika –
podczas gdy innych ciężko było dobudzić, bo spali spokojnie, ja otwierałem oczy
pod wpływem każdego głośniejszego szmeru czy szelestu.
Ranek dla mnie zaczynał się znów
przed świtem, co znaczyło, że miałem mniej niż sześć godzin snu. A mimo to nie
byłem zmęczony. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Po szybkim umyciu twarzy i rąk
przeszedłem do pałacu i dotarłem na jego tyły, gdzie znajdowały się garderoby.
Właśnie zacząłem się kłócić z pracującą tam kobietą o nowy strój, kiedy
usłyszałem kroki.