Seth
Kiedy oboje już wyszli i ruszyli
w stronę wejścia, podniosłem się z ziemi i powlokłem za nimi. Szumiało mi w
głowie i byłem wyczerpany, ale to przecież nie powód żeby opuszczać swoje
obowiązki. Krew przesączyła się już przez mój prowizoryczny, polowy bandaż.
Ubranie miałem w strzępach…
Dobrze, że księżniczka
zdecydowała się odejść i nie wydała mi żadnego konkretnego polecenia, bo w
takiej sytuacji mogłem iść za Szlachcicem, który posłał w moją stronę przelotne
spojrzenie gdy tylko kobieta zniknęła w swojej komnacie. Lekkim skinieniem
głowy, bez użycia głosu, dał mi do zrozumienia, że mam iść za nim. Więc
poszedłem, utykając, ale nie mówiąc ani słówka. Odezwał się dopiero kiedy
znaleźliśmy się w jego części zamku.
– Idź opatrzeć rany – rzucił
przez ramię, wciąż się nie zatrzymując. Pewnie miał zamiar przed kolacją wydać
jeszcze kilka rozkazów dotyczących publicznych egzekucji, jakie będą
następstwem ataku na niego w miejscu publicznym, na oczach księżniczki. – Masz
być w pełni sprawny do jutra, przekaż to medykom. Moje wcześniejsze polecenia
nadal są aktualne.
– Tak jest – odpowiedziałem cicho,
upewniłem się że niczego już ode mnie nie chce, po czym odwróciłem się i
ruszyłem do jeszcze innego skrzydła domu. Musiałem nadłożyć drogi przez to, że
mój pan bał się ze mną rozmawiać pod pokojami księżniczki. Oczywiście.
Nigdy jeszcze nie dostałem możliwości
szybkiego leczenia, pełnego i natychmiastowego w laboratoriach Szlachcica.
Zazwyczaj jeśli zostałem ranny, zakładano tylko bandaż drugiej czy trzeciej
świeżości i wysyłano na odpoczynek. Nikt nie marnował pieniędzy na Vashiryjczyka,
którego w miarę łatwo zastąpić innym, choć może mniej sprawnym. To i tak niska
cena w porównaniu do deficytowego towaru jakim były lekarstwa i technologia
skrzętnie ukrywana przez pana.
Pobrano mi krew, wtłoczono do żył
jakieś brunatno-czarne świństwo, podłączono do dziwacznej aparatury jakiej
jeszcze w życiu nie widziałem… Nie zajęło to nawet piętnaście minut, a już
poczułem się lepiej. Sprawniej. Silniej niż przed obrażeniami. Jakbym był na
haju po tanim zielsku sprzedawanym przez zielarzy w podziemiach Dzikich Miast.
Co znaczy, że mogłem wracać do pracy, a miałem być obecny na kolacji, choć nie
jako gość, a zwykły służący-ochroniarz. Powrót z części szpitalnej zajął mi
trzy razy mniej czasu. Specjalnie sprawdziłem ranę na nodze i wydawała się
dziwnie zabliźniona. Choć wydawało mi się, że nie czuję bólu tylko dlatego, że
podali mi jakieś narkotyki ogłupiające. Tak też się trochę czułem – bardziej zrelaksowany,
spokojniejszy… Mniej skłonny do buntu. Ze zdziwieniem zauważyłem, że to, co
zawsze było wewnątrz mnie, zniknęło. Zalążek niesubordynacji, braku pogodzenia
się z losem, poczucia niesprawiedliwości.
Stałem już pod ścianą w wielkiej,
przestronnej jadalni i z uczuciem rosnącej paniki starałem się oczyścić umysł.
Bez tego nie byłem dłużej sobą. Bez tego Mei zginęła na marne. Kiedy tak
gorączkowo szukałem, do pomieszczenia zaczęli wchodzić ludzie. Szlachcic
pierwszy, później jego świta, po dłuższej chwili również księżniczka, a
następnie tabun służących z potrawami i napojami. Wtedy w jednej chwili
poczułem, że wracam do starego, dobrego siebie. Płomień nie zgasł całkowicie,
przycichł tylko na tyle, że nie potrafiłem sobie dokładnie przypomnieć, jaki
był. Ale był tam. Odetchnąłem z ulgą.
– Tak więc czy mogę liczyć
na Waszą obecność, panie? – Usłyszałem nagle, choć dla mnie było to zdanie
wyrwane z kontekstu.
Podniosłem spojrzenie, dotąd
wbite w posadzkę tuż obok swoich stóp i spojrzałem na środek komnaty. Stałem w
półmroku, a bladoniebieskie światło skupione było przy podłużnym stole, przy
którym teraz zasiadała śmietanka towarzyska – szkoda tylko że skwaśniała,
dodałem w myślach z jawną ironią i skrzywiłem się lekko pod nosem.
– Wasz Szlachcic prosi o
wiele – odpowiedział Justal, nie podnosząc wzroku znad talerza. Spokojnie
ukroił kawał udźca, po czym wziął do ust i długo przeżuwał. – Moja narzeczona
będzie musiała zostać sama na niemal całą dobę. Wyobrażasz sobie jaka to
obraza?
Tamten mężczyzna – wysłannik innego
Dzikiego Miasta, które było najmniej oddalone, a i tak podróż tam zajmowała
kilka dobrych godzin stalowymi powozami potrafiącymi się bardzo szybko poruszać
– zbladł na te słowa. Nie wróżyły niczego dobrego. Najwidoczniej wybrali sobie
złą porę na proszenie o pomoc.
– A jednak… – westchnął Justal po
chwili. – Aldren nigdy nie odmówił mi pomocy – powiedział, po czym podniósł
wzrok i spojrzał prosto w oczy księżniczki. Czy on nie boi się, że ta czerwień
wypali mu tęczówki? – Przystaniesz na to, moja droga? Sama rozumiesz, że
polityka tego miasta… Wkrótce również twojego, musi leżeć na twoim sumieniu.
Wynagrodzę tę niedogodność – dodał i już miałem wrażenie, że machnie
lekceważąco dłonią, ale nie zrobił ani połowy gestu. Siedział sztywno.
Odniosłem wrażenie, że wcale nie
pyta jej o zgodę, lecz informuje o swoim wyborze.