piątek, 7 kwietnia 2017

17.



Seth
Kiedy oboje już wyszli i ruszyli w stronę wejścia, podniosłem się z ziemi i powlokłem za nimi. Szumiało mi w głowie i byłem wyczerpany, ale to przecież nie powód żeby opuszczać swoje obowiązki. Krew przesączyła się już przez mój prowizoryczny, polowy bandaż. Ubranie miałem w strzępach…
Dobrze, że księżniczka zdecydowała się odejść i nie wydała mi żadnego konkretnego polecenia, bo w takiej sytuacji mogłem iść za Szlachcicem, który posłał w moją stronę przelotne spojrzenie gdy tylko kobieta zniknęła w swojej komnacie. Lekkim skinieniem głowy, bez użycia głosu, dał mi do zrozumienia, że mam iść za nim. Więc poszedłem, utykając, ale nie mówiąc ani słówka. Odezwał się dopiero kiedy znaleźliśmy się w jego części zamku.
– Idź opatrzeć rany – rzucił przez ramię, wciąż się nie zatrzymując. Pewnie miał zamiar przed kolacją wydać jeszcze kilka rozkazów dotyczących publicznych egzekucji, jakie będą następstwem ataku na niego w miejscu publicznym, na oczach księżniczki. – Masz być w pełni sprawny do jutra, przekaż to medykom. Moje wcześniejsze polecenia nadal są aktualne.
– Tak jest – odpowiedziałem cicho, upewniłem się że niczego już ode mnie nie chce, po czym odwróciłem się i ruszyłem do jeszcze innego skrzydła domu. Musiałem nadłożyć drogi przez to, że mój pan bał się ze mną rozmawiać pod pokojami księżniczki. Oczywiście.
Nigdy jeszcze nie dostałem możliwości szybkiego leczenia, pełnego i natychmiastowego w laboratoriach Szlachcica. Zazwyczaj jeśli zostałem ranny, zakładano tylko bandaż drugiej czy trzeciej świeżości i wysyłano na odpoczynek. Nikt nie marnował pieniędzy na Vashiryjczyka, którego w miarę łatwo zastąpić innym, choć może mniej sprawnym. To i tak niska cena w porównaniu do deficytowego towaru jakim były lekarstwa i technologia skrzętnie ukrywana przez pana.
Pobrano mi krew, wtłoczono do żył jakieś brunatno-czarne świństwo, podłączono do dziwacznej aparatury jakiej jeszcze w życiu nie widziałem… Nie zajęło to nawet piętnaście minut, a już poczułem się lepiej. Sprawniej. Silniej niż przed obrażeniami. Jakbym był na haju po tanim zielsku sprzedawanym przez zielarzy w podziemiach Dzikich Miast. Co znaczy, że mogłem wracać do pracy, a miałem być obecny na kolacji, choć nie jako gość, a zwykły służący-ochroniarz. Powrót z części szpitalnej zajął mi trzy razy mniej czasu. Specjalnie sprawdziłem ranę na nodze i wydawała się dziwnie zabliźniona. Choć wydawało mi się, że nie czuję bólu tylko dlatego, że podali mi jakieś narkotyki ogłupiające. Tak też się trochę czułem – bardziej zrelaksowany, spokojniejszy… Mniej skłonny do buntu. Ze zdziwieniem zauważyłem, że to, co zawsze było wewnątrz mnie, zniknęło. Zalążek niesubordynacji, braku pogodzenia się z losem, poczucia niesprawiedliwości.
Stałem już pod ścianą w wielkiej, przestronnej jadalni i z uczuciem rosnącej paniki starałem się oczyścić umysł. Bez tego nie byłem dłużej sobą. Bez tego Mei zginęła na marne. Kiedy tak gorączkowo szukałem, do pomieszczenia zaczęli wchodzić ludzie. Szlachcic pierwszy, później jego świta, po dłuższej chwili również księżniczka, a następnie tabun służących z potrawami i napojami. Wtedy w jednej chwili poczułem, że wracam do starego, dobrego siebie. Płomień nie zgasł całkowicie, przycichł tylko na tyle, że nie potrafiłem sobie dokładnie przypomnieć, jaki był. Ale był tam. Odetchnąłem z ulgą.
– Tak więc czy mogę liczyć na Waszą obecność, panie? – Usłyszałem nagle, choć dla mnie było to zdanie wyrwane z kontekstu.
Podniosłem spojrzenie, dotąd wbite w posadzkę tuż obok swoich stóp i spojrzałem na środek komnaty. Stałem w półmroku, a bladoniebieskie światło skupione było przy podłużnym stole, przy którym teraz zasiadała śmietanka towarzyska – szkoda tylko że skwaśniała, dodałem w myślach z jawną ironią i skrzywiłem się lekko pod nosem.
– Wasz Szlachcic prosi o wiele – odpowiedział Justal, nie podnosząc wzroku znad talerza. Spokojnie ukroił kawał udźca, po czym wziął do ust i długo przeżuwał. – Moja narzeczona będzie musiała zostać sama na niemal całą dobę. Wyobrażasz sobie jaka to obraza?
Tamten mężczyzna – wysłannik innego Dzikiego Miasta, które było najmniej oddalone, a i tak podróż tam zajmowała kilka dobrych godzin stalowymi powozami potrafiącymi się bardzo szybko poruszać – zbladł na te słowa. Nie wróżyły niczego dobrego. Najwidoczniej wybrali sobie złą porę na proszenie o pomoc.
– A jednak… – westchnął Justal po chwili. – Aldren nigdy nie odmówił mi pomocy – powiedział, po czym podniósł wzrok i spojrzał prosto w oczy księżniczki. Czy on nie boi się, że ta czerwień wypali mu tęczówki? – Przystaniesz na to, moja droga? Sama rozumiesz, że polityka tego miasta… Wkrótce również twojego, musi leżeć na twoim sumieniu. Wynagrodzę tę niedogodność – dodał i już miałem wrażenie, że machnie lekceważąco dłonią, ale nie zrobił ani połowy gestu. Siedział sztywno.
Odniosłem wrażenie, że wcale nie pyta jej o zgodę, lecz informuje o swoim wyborze.