środa, 5 kwietnia 2017

11.



Seth
Bez głębokiego wdechu i wydechu nigdy nie zmusiłbym się do naciśnięcia klamki i przekroczenia progu jaskini lwa. Choć praktycznie stanąłem w progu i nie zamknąłem za sobą drzwi, wciąż było to mało komfortowe spotkanie. Głównie dlatego, że w mojej głowie wciąż dudniły echem polecenia Szlachcica, wypowiedziane beznamiętnym tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Ja ani żaden inny Vashirijczyk, który podpisał Kontrakt nigdy by się nie sprzeciwił. Było to nawet bardziej oczywiste – w chory, nielogiczny, a jednak prawdziwy sposób – niż to, że każdy zwykły członek mojej rasy służył dwóm rasom stojącym ponad nami.
Zwięźle przekazałem to, co miałem do powiedzenia, a gdy wydała rozkaz odejścia, spełniłem go z największą ulgą. Zamknąłem cicho drzwi lecz nie odszedłem. Ustawiłem się na baczność na prawo od nich i tak stałem, wbijając martwo spojrzenie w odległy punkt na przeciwnej ścianie. Czekałem, aż księżniczka będzie gotowa. Zgodnie z poleceniami osoby, która teraz pociągała za sznurki przewiercone przez moje dłonie i stopy. Wciąż jeszcze nie mogło do mnie dotrzeć to, że z całkiem przeciętnego Vashirijczyka nagle zostałem podwójnym agentem w grze, której zasady nie były mi do końca znane. Byłem kukiełką odkąd złożyłem podpis, ale nagle stałem się czymś więcej niż tylko pionkiem – informatorem. Szaleńcem. Bo kto normalny szpieguje Kasandrosów, na dodatek tak wysoko postawionych, pochodzących z rodziny królewskiej?
Moja nowa rola była cięższa niż mogło się to wydawać. Nie chodziło tylko o ryzyko życia, wszakże wystawiane jest na nie codziennie. Nie, chodziło przede wszystkim o to, że nie byłem normalnym Vashirem. Starałem się to ukryć i przez tyle lat świetnie sobie radziłem, ale sam przed sobą nie potrafiłem schować prawdy – iskra buntu, poczucia niesprawiedliwości i skrzywdzenia tliła się cały czas. Raz jarzyła się mocniej, raz niemal gasła, ale nigdy nie zniknęła. Przeczucie, że mój lud wcale nie powstał tylko do służby. A teraz, kiedy będę niemal cały czas przebywać koło kogoś tak wysoko urodzonego… Czy uda mi się zachować to w tajemnicy? Moje szanse na to drastycznie malały.
Zatopiony w rozmyślaniach, nawet nie zważałem na upływ czasu. Dopiero szczęknięcie drzwi do komnaty, przed którą cały czas warowałem niczym wierny pies sprowadziło mnie z powrotem na ziemię. Skłoniłem głowę księżniczce, a kiedy mnie wyminęła, ruszyłem za nią w pewnej odległości. Nie mogłem naruszyć jej przestrzeni, widziałem przecież co zrobiła Szlachcicowi, który był teraz jej narzeczonym. Wolałbym nie wiedzieć, co mogłaby zrobić mi za podobne naruszenie prywatności.
Do hallu wyjściowego dotarliśmy szybko dzięki niezłemu tempu, jakie księżniczka nadawała naszemu marszowi. Nawet gdybym nie widział chłodu i obojętności w jej oczach, gdybym nie patrzył na scenę przed pałacem i gdybym nie słyszał jej słów, po samym jej chodzie zdołałbym wywnioskować jakim jest typem Kasandrosa. Zbyt ważnym, żeby tracić czas na coś tak prozaicznego jak przemieszczanie się ale i zbyt dumnym aby coś pomagało przemieszczać się szybciej po pałacu. Na miejscu czekała na nas cała świta: Szlachcic wraz z kilkoma przystojnymi wysoko urodzonymi Kasandrosami, z którymi robił interesy, a dalej kilka dam w zdobnych sukniach i za nimi cała masa służek, lokajów i wojowników.
To miał być pierdolony pochód, nie spacer.
Żeby ludzie zobaczyli, zrozumiałem nagle. Żeby wiedzieli, kto bardzo ważny przyjechał do Dzikiego Miasta, żeby zobaczyli księżniczkę Amaranthę u jego boku i zrozumieli, jak ważny jest Justal. Dlaczego znalazł się na tym miejscu i jak stabilna jest jego posada. Oczywiście. Ktoś taki jak on nie trzymałby w zamknięciu takiego asa tuż po tym, jak go dostał, zwłaszcza że as ten jest niebezpieczny i zapewne nieuchwytny. Pewnie nie chodziło nawet o to, że ma po swojej stronie rodzinę królewską – o tym sam mógł nie być przekonany, choć niewiele wiedziałem o tamtej stronie świata – ale o to, żeby   i n n i   w to uwierzyli.
Po prawdzie, nie miałem pojęcia o polityce. Tylko domyślałem się o co może w tym wszystkim chodzić… A może byłem bardzo daleko od prawdy.
Bez wahania podałem dłoń księżniczce, kiedy miała wspiąć się do wozu. Nie liczyłem na to, że z pomocy skorzysta, ale nie mogłem tego nie uczynić jako jej poddany i wierny sługa. Kątem oka spojrzałem na stojącego tuż obok niej Szlachcica, ale ten nawet nie zerknął w moją stronę. Idealna maska. Jakby rozmowa między nami nigdy się nie wydarzyła.
Czasem przerażało mnie to, jak dobry jest w kłamstwie Justal.