Seth
Bez głębokiego wdechu i wydechu
nigdy nie zmusiłbym się do naciśnięcia klamki i przekroczenia progu jaskini lwa.
Choć praktycznie stanąłem w progu i nie zamknąłem za sobą drzwi, wciąż było to
mało komfortowe spotkanie. Głównie dlatego, że w mojej głowie wciąż dudniły
echem polecenia Szlachcica, wypowiedziane beznamiętnym tonem nieznoszącym
sprzeciwu.
Ja ani żaden inny Vashirijczyk,
który podpisał Kontrakt nigdy by się nie sprzeciwił. Było to nawet bardziej
oczywiste – w chory, nielogiczny, a jednak prawdziwy sposób – niż to, że każdy
zwykły członek mojej rasy służył dwóm rasom stojącym ponad nami.
Zwięźle przekazałem to, co miałem
do powiedzenia, a gdy wydała rozkaz odejścia, spełniłem go z największą ulgą.
Zamknąłem cicho drzwi lecz nie odszedłem. Ustawiłem się na baczność na prawo od
nich i tak stałem, wbijając martwo spojrzenie w odległy punkt na przeciwnej
ścianie. Czekałem, aż księżniczka będzie gotowa. Zgodnie z poleceniami osoby,
która teraz pociągała za sznurki przewiercone przez moje dłonie i stopy. Wciąż
jeszcze nie mogło do mnie dotrzeć to, że z całkiem przeciętnego Vashirijczyka
nagle zostałem podwójnym agentem w grze, której zasady nie były mi do końca
znane. Byłem kukiełką odkąd złożyłem podpis, ale nagle stałem się czymś więcej
niż tylko pionkiem – informatorem. Szaleńcem. Bo kto normalny szpieguje
Kasandrosów, na dodatek tak wysoko postawionych, pochodzących z rodziny
królewskiej?
Moja nowa rola była cięższa niż
mogło się to wydawać. Nie chodziło tylko o ryzyko życia, wszakże wystawiane
jest na nie codziennie. Nie, chodziło przede wszystkim o to, że nie byłem normalnym Vashirem. Starałem się to
ukryć i przez tyle lat świetnie sobie radziłem, ale sam przed sobą nie
potrafiłem schować prawdy – iskra buntu, poczucia niesprawiedliwości i
skrzywdzenia tliła się cały czas. Raz jarzyła się mocniej, raz niemal gasła,
ale nigdy nie zniknęła. Przeczucie, że mój lud wcale nie powstał tylko do
służby. A teraz, kiedy będę niemal cały czas przebywać koło kogoś tak wysoko
urodzonego… Czy uda mi się zachować to w tajemnicy? Moje szanse na to
drastycznie malały.
Zatopiony w rozmyślaniach, nawet
nie zważałem na upływ czasu. Dopiero szczęknięcie drzwi do komnaty, przed którą
cały czas warowałem niczym wierny pies sprowadziło mnie z powrotem na ziemię.
Skłoniłem głowę księżniczce, a kiedy mnie wyminęła, ruszyłem za nią w pewnej odległości.
Nie mogłem naruszyć jej przestrzeni, widziałem przecież co zrobiła
Szlachcicowi, który był teraz jej narzeczonym. Wolałbym nie wiedzieć, co
mogłaby zrobić mi za podobne naruszenie prywatności.
Do hallu wyjściowego dotarliśmy
szybko dzięki niezłemu tempu, jakie księżniczka nadawała naszemu marszowi.
Nawet gdybym nie widział chłodu i obojętności w jej oczach, gdybym nie patrzył
na scenę przed pałacem i gdybym nie słyszał jej słów, po samym jej chodzie
zdołałbym wywnioskować jakim jest typem Kasandrosa. Zbyt ważnym, żeby tracić
czas na coś tak prozaicznego jak przemieszczanie się ale i zbyt dumnym aby coś
pomagało przemieszczać się szybciej po pałacu. Na miejscu czekała na nas cała
świta: Szlachcic wraz z kilkoma przystojnymi wysoko urodzonymi Kasandrosami, z
którymi robił interesy, a dalej kilka dam w zdobnych sukniach i za nimi cała
masa służek, lokajów i wojowników.
To miał być pierdolony pochód,
nie spacer.
Żeby ludzie zobaczyli,
zrozumiałem nagle. Żeby wiedzieli, kto bardzo ważny przyjechał do Dzikiego
Miasta, żeby zobaczyli księżniczkę Amaranthę u jego boku i zrozumieli, jak
ważny jest Justal. Dlaczego znalazł się na tym miejscu i jak stabilna jest jego
posada. Oczywiście. Ktoś taki jak on nie trzymałby w zamknięciu takiego asa tuż
po tym, jak go dostał, zwłaszcza że as ten jest niebezpieczny i zapewne
nieuchwytny. Pewnie nie chodziło nawet o to, że ma po swojej stronie rodzinę
królewską – o tym sam mógł nie być przekonany, choć niewiele wiedziałem o
tamtej stronie świata – ale o to, żeby i n n i w to
uwierzyli.
Po prawdzie, nie miałem pojęcia o
polityce. Tylko domyślałem się o co może w tym wszystkim chodzić… A może byłem
bardzo daleko od prawdy.
Bez wahania podałem dłoń
księżniczce, kiedy miała wspiąć się do wozu. Nie liczyłem na to, że z pomocy
skorzysta, ale nie mogłem tego nie uczynić jako jej poddany i wierny sługa.
Kątem oka spojrzałem na stojącego tuż obok niej Szlachcica, ale ten nawet nie
zerknął w moją stronę. Idealna maska. Jakby rozmowa między nami nigdy się nie
wydarzyła.
Czasem przerażało mnie to, jak
dobry jest w kłamstwie Justal.