Seth
Moje
życie nie należy do mnie. Nigdy nie należało, a przez podpisanie Kontraktu już
nigdy nie będzie należeć. Nie powinna przerażać mnie ta myśl, nie powinna
budzić żadnej innej emocji jak poczucie bezpieczeństwa… W końcu jestem
Vashirem. Urodziłem się wśród nich i dorastałem, żyłem jak oni i tak samo
ciężko pracowałem. W końcu tak było i tak musi być, my musimy ciężko pracować
żeby ci lepsi od nas mogli żyć wygodnie. Tak musi być…
A
jednak wciąż budziło to we mnie sprzeciw. Czułem, jak płonie małym, ledwo się
tlącym płomieniem wgłębi mojego serca. Choć przyduszany i gaszony, nigdy nie
zgasł całkowicie. Ukrywał się tylko coraz lepiej.
Tego
dnia czekało mnie specjalne zadanie, więc wstałem jeszcze przed świtem. Choć
Szlachcic Justal – który trzymał w dłoni moje życie i mógł podpisać mój wyrok
śmierci jednym krzywym spojrzeniem – nie wtajemniczył mnie w szczegóły. Nigdy
tego nie robił, a ja nigdy nie pytałem, w końcu nic mnie to nie powinno
obchodzić, bo sługa nie wtrąca się w sprawy pana. W rzeczywistości było mi to
co najmniej obojętne. Jeśli kazał mi sprzątać – sprzątałem. Jeśli kazał zabijać
– wyciągałem miecz i zabijałem. A w tym byłem obrzydliwie dobry.
Może to było moją karą za
nieposłuszeństwo? Bycie doskonałym w tym, co najbardziej bluźniercze dla
Vashirów.
Obmyłem twarz w prowizorycznej
łazience, której rolę spełniała miednica z zimną wodą w kącie pomieszczenia, po
czym wciągnąłem spodnie i zarzuciłem na ramiona płaszcz. To służyło mi za
zwykłe przygotowanie na co dzień. Dlatego wielkie było moje zdziwienie, kiedy
nagle do mojej izby – służyła mi tylko do spania, więc miejsce było właściwie
tylko na materac i wiadro – weszła dziewczyna, inna służąca Justala. Starała
się zew wszystkich sił nie patrzeć mi w oczy, sam też jej do tego nie
zmuszałem. Wiedziałem, że zobaczyłbym w nich tylko obrzydzenie, a może nawet
urazę.
– Dzisiaj przed pojawieniem
się u Szlachcica masz skorzystać z łaźni – rzuciła tylko przez zaciśnięte zęby.
Zawahała się przed wycofaniem, zerknęła przelotnie na moją twarz, nie wyżej niż
do wysokości ust, po czym dodała: – Masz wyglądać porządnie. I masz pachnieć
jak… jak oni. – Po tych słowach natychmiast się wycofała i zostawiła mnie w
osłupieniu.
W miarę szybko się z niego
otrząsnąłem, choć życzenie wydawało się mało realne. Nie byłem jednak na
pozycji wystarczająco wysokiej, by kwestionować żądania co do mojej osoby. Mimo
że byłem pierwszym strażnikiem Justala, co było wyróżnieniem u lepszych ras, wśród Vashirów byłem
ostatni. Poniżej za mną nie było już nikogo.
Musiałem się spieszyć, bowiem
prawdziwy prysznic z płynem do kąpieli, umycie włosów sięgających już niemal za
łopatki oraz staranne wypielęgnowanie dłoni i paznokci zajmowało dużo więcej
czasu niż moja zwykła poranna toaleta. Patrząc na to chłodnym spojrzeniem nie
mogłem nie zauważyć, że moje dzisiejsze zadanie będzie znacznie ważniejsze niż
te, które wykonuję na co dzień. Już niedługo przekonałem się o tym na własnej
skórze, bowiem do pomieszczenia weszły kolejne dwie Vashirijki, nie trudząc się
pukaniem do drzwi ani nie zważając na moją nagość. Jedna z brzydkim grymasem
twarzy wzięła moje stare, przepocone i brudne ubranie, a druga położyła na
zydelku złożone w równą kostkę tkaniny, pośród których – jestem pewien –
błyszczały elementy zbroi.
Zacisnąłem zęby. A jednak
wyszedłem z balii i nieufnie sięgnąłem do ubrań. Pachniały czystością i jakimś
płynem do tkanin. Były jak ubrania Kasandrosów. Oczywiście nie pod względem
zdobności i kroju – ludzie tacy jak oni nigdy nie przeżyliby widoku sługi w ich
ciuchach – ale było… było czyste, nie dziurawe i świeże. Ubrałem je z
mieszaniną ciekawości, niechcianej wdzięczności ale też podejrzliwości. Wszystko
robiło się coraz dziwniejsze.
Niemal biegiem pokonałem odległość
dzielącą mnie do głównych komnat Szlachcica. Oczywiście nie wpuścili mnie do
środka, ale jeden z jego skrybów wytłumaczył mi, że mam odebrać jakąś ważną kobietę
– narzeczoną mojego pana – i bezpiecznie przetransportować ją przez Miasto do
głównej siedziby.
I czuję, że w jakiś
niewypowiedzianie idiotyczny sposób to było dla mnie wielkie wyróżnienie od
Justala.
Pół godziny później już stałem
wraz ze swoim małym pododdziałem najbardziej zaufanych ludzi – to byli Vashirzy
tacy jak ja, których zmuszono do walki – przy bramie miasta. Staliśmy na
baczność, każdy z nas w nowych ubraniach, każdy wyglądający dziesięć razy
lepiej niż na co dzień i czekaliśmy.
Czekaliśmy na jakąś księżniczkę.