niedziela, 2 kwietnia 2017

1.



Seth
                Moje życie nie należy do mnie. Nigdy nie należało, a przez podpisanie Kontraktu już nigdy nie będzie należeć. Nie powinna przerażać mnie ta myśl, nie powinna budzić żadnej innej emocji jak poczucie bezpieczeństwa… W końcu jestem Vashirem. Urodziłem się wśród nich i dorastałem, żyłem jak oni i tak samo ciężko pracowałem. W końcu tak było i tak musi być, my musimy ciężko pracować żeby ci lepsi od nas mogli żyć wygodnie. Tak musi być…
                A jednak wciąż budziło to we mnie sprzeciw. Czułem, jak płonie małym, ledwo się tlącym płomieniem wgłębi mojego serca. Choć przyduszany i gaszony, nigdy nie zgasł całkowicie. Ukrywał się tylko coraz lepiej.
                Tego dnia czekało mnie specjalne zadanie, więc wstałem jeszcze przed świtem. Choć Szlachcic Justal – który trzymał w dłoni moje życie i mógł podpisać mój wyrok śmierci jednym krzywym spojrzeniem – nie wtajemniczył mnie w szczegóły. Nigdy tego nie robił, a ja nigdy nie pytałem, w końcu nic mnie to nie powinno obchodzić, bo sługa nie wtrąca się w sprawy pana. W rzeczywistości było mi to co najmniej obojętne. Jeśli kazał mi sprzątać – sprzątałem. Jeśli kazał zabijać – wyciągałem miecz i zabijałem. A w tym byłem obrzydliwie dobry.
Może to było moją karą za nieposłuszeństwo? Bycie doskonałym w tym, co najbardziej bluźniercze dla Vashirów.
Obmyłem twarz w prowizorycznej łazience, której rolę spełniała miednica z zimną wodą w kącie pomieszczenia, po czym wciągnąłem spodnie i zarzuciłem na ramiona płaszcz. To służyło mi za zwykłe przygotowanie na co dzień. Dlatego wielkie było moje zdziwienie, kiedy nagle do mojej izby – służyła mi tylko do spania, więc miejsce było właściwie tylko na materac i wiadro – weszła dziewczyna, inna służąca Justala. Starała się zew wszystkich sił nie patrzeć mi w oczy, sam też jej do tego nie zmuszałem. Wiedziałem, że zobaczyłbym w nich tylko obrzydzenie, a może nawet urazę.
– Dzisiaj przed pojawieniem się u Szlachcica masz skorzystać z łaźni – rzuciła tylko przez zaciśnięte zęby. Zawahała się przed wycofaniem, zerknęła przelotnie na moją twarz, nie wyżej niż do wysokości ust, po czym dodała: – Masz wyglądać porządnie. I masz pachnieć jak… jak oni. – Po tych słowach natychmiast się wycofała i zostawiła mnie w osłupieniu.
W miarę szybko się z niego otrząsnąłem, choć życzenie wydawało się mało realne. Nie byłem jednak na pozycji wystarczająco wysokiej, by kwestionować żądania co do mojej osoby. Mimo że byłem pierwszym strażnikiem Justala, co było wyróżnieniem u lepszych ras, wśród Vashirów byłem ostatni. Poniżej za mną nie było już nikogo.
Musiałem się spieszyć, bowiem prawdziwy prysznic z płynem do kąpieli, umycie włosów sięgających już niemal za łopatki oraz staranne wypielęgnowanie dłoni i paznokci zajmowało dużo więcej czasu niż moja zwykła poranna toaleta. Patrząc na to chłodnym spojrzeniem nie mogłem nie zauważyć, że moje dzisiejsze zadanie będzie znacznie ważniejsze niż te, które wykonuję na co dzień. Już niedługo przekonałem się o tym na własnej skórze, bowiem do pomieszczenia weszły kolejne dwie Vashirijki, nie trudząc się pukaniem do drzwi ani nie zważając na moją nagość. Jedna z brzydkim grymasem twarzy wzięła moje stare, przepocone i brudne ubranie, a druga położyła na zydelku złożone w równą kostkę tkaniny, pośród których – jestem pewien – błyszczały elementy zbroi.
Zacisnąłem zęby. A jednak wyszedłem z balii i nieufnie sięgnąłem do ubrań. Pachniały czystością i jakimś płynem do tkanin. Były jak ubrania Kasandrosów. Oczywiście nie pod względem zdobności i kroju – ludzie tacy jak oni nigdy nie przeżyliby widoku sługi w ich ciuchach – ale było… było czyste, nie dziurawe i świeże. Ubrałem je z mieszaniną ciekawości, niechcianej wdzięczności ale też podejrzliwości. Wszystko robiło się coraz dziwniejsze.
Niemal biegiem pokonałem odległość dzielącą mnie do głównych komnat Szlachcica. Oczywiście nie wpuścili mnie do środka, ale jeden z jego skrybów wytłumaczył mi, że mam odebrać jakąś ważną kobietę – narzeczoną mojego pana – i bezpiecznie przetransportować ją przez Miasto do głównej siedziby.
I czuję, że w jakiś niewypowiedzianie idiotyczny sposób to było dla mnie wielkie wyróżnienie od Justala.
Pół godziny później już stałem wraz ze swoim małym pododdziałem najbardziej zaufanych ludzi – to byli Vashirzy tacy jak ja, których zmuszono do walki – przy bramie miasta. Staliśmy na baczność, każdy z nas w nowych ubraniach, każdy wyglądający dziesięć razy lepiej niż na co dzień i czekaliśmy.
Czekaliśmy na jakąś księżniczkę.